s t r o n a   o   n a d z i e i












W zdrowym ciele zdrowy duch




Rok temu pojechałam na obóz terapeutyczny dla alkoholików i osób współuzależnionych (członków rodzin). Na samym początku, oprócz wielu dość oczywistych zakazów, takich jak picie alkoholu i telefonowanie na zewnątrz, prowadząca obóz pani psycholog zabroniła nam także brać bez jej zgody jakiekolwiek leki, nawet proszki od bólu głowy. Sądziłam, że to przesada, gdyż zwykłe środki przeciwbólowe, takie jak paracetamol, nie mają przecież działania uzależniającego. Jedna z pań powiedziała, że cierpi na rwę kulszową i musi brać na nią leki, a inna, że nie może spać i zażywa leki nasenne przepisane przez psychiatrę. Pani psycholog pozostała jednak przy swoim zdaniu. Dodała, że odczuwane bóle mają znaczenie dla terapii, a tamte panie mają obserwować, co będzie się działo z objawami rwy kulszowej i bezsenności. Dostaliśmy też kartki z listą kilkudziesięciu pozytywnych i negatywnych uczuć o różnym natężeniu i zabarwieniu emocjonalnym.

Każdego dnia rano mieliśmy kwadrans gimnastyki na świeżym powietrzu, jak w szkole. Kolejnym codziennym rytuałem były zebrania wszystkich uczestników, na których każdy opisywał szczegółowo, jak się czuje: jak minęła noc (dzień), jakie odczuwa teraz uczucia (gdyby nie kartka, byłoby to niemożliwe) oraz co go boli. Bóle (ich miejsce i przebieg) oraz stan chorób przewlekłych też mieliśmy jak najdokładniej opisywać.

Szybko okazało się, czemu to wszystko służy.

Dla każdego uczestnika obóz był bardzo trudny. Zostaliśmy odcięci od najbliższych osób i ich problemów, którymi żyliśmy. Na zajęciach terapeutycznych wracaliśmy do najbardziej bolesnych i wstydliwych przeżyć naszego życia, przeżywaliśmy je na nowo, a z pamięci wypadały nieprzyjemne, dawno zapomniane fakty, jak szkielety z szafy. Ludzie chodzili źli jak osa, roztrzęsieni i płakali. Zaczęła się też epidemia bezsenności i bólów we wszystkich możliwych częściach ciała.

W ciągu tygodnia podczas zebrań i rozmów z psychologami wyrzuciliśmy z siebie mnóstwo nagromadzonej latami frustracji, żalu i gniewu. Nauczyliśmy się przeżywać i opisywać swoje uczucia, o których istnieniu wcześniej nawet nie wiedzieliśmy. Panie, które mieszkały z mężami lub synami alkoholikami, zdążyły od nich trochę odpocząć. Na koniec obozu okazało się, że objawy przewlekłych chorób, na które cierpiało wiele osób, znacznie zmalały. Pani H. niemal całkowicie uwolniła się od ataków rwy kulszowej i mogła się normalnie poruszać, a pani E. zaczęła zasypiać bez leków nasennych.


Chorzy na wszystko

Kiedy człowiek zaczyna odczuwać dolegliwości zdrowotne, zaczyna się pielgrzymka po lekarzach. Internista, ortopeda, dermatolog, kardiolog, urolog, neurolog, gastrolog, reumatolog... Inni wierzą, że pomogą im seanse bioenergoterapeutów i tzw. leki homeopatyczne. Ale czy ktokolwiek wpadnie na pomysł, żeby z powodu bólów kręgosłupa czy częstych przeziębień zgłaszać się do psychologa? Tymczasem obecnie wiadomo już, że wiele chorób ma podłoże psychosomatyczne.

Twierdzenie, że każdy, kto cierpi na przewlekłą chorobę nerek, ma problemy psychologiczne, byłoby oczywiście bzdurą. Te same choroby mogą mieć wiele przyczyn. Ale nie ulega wątpliwości, że stan psychiczny człowieka może wywoływać choroby i dolegliwości cielesne (a przynajmniej przyczynić się do ich powstania). Lista jest długa. Te, o których wiem, to: poczucie ciągłego zmęczenia, bóle głowy, bóle kręgosłupa na odcinku szyjnym i lędźwiowym, napięcie i zesztywnienie ramion i karku, drętwienie rąk i nóg, korzonki, rwa kulszowa, napady zimna i gorąca, różnorodne problemy gastryczne, takie jak wrzody żołądka, przewlekła niestrawność i zaparcia, choroby skóry, częste przeziębienia, infekcje dróg oddechowych, nawracające zapalenia pęcherza i nerek, astma, choroby układu krążenia, w tym zawał serca, trudności w pożyciu seksualnym i z zajściem w ciążę, a nawet paraliż i nowotwory!

W to ostatnie nigdy bym nie uwierzyła, gdyby nie to, że sama zetknęłam się z kobietą, która wkrótce po porzuceniu przez męża zachorowała na raka. Na szczęście udało się ją uratować. Myślę, że duży wpływ na odzyskanie przez nią zdrowia miał fakt, że kiedy małżonek dowiedział się o jej chorobie, wrócił do niej i otoczył ją najczulszą miłością i opieką. Do tej pory tworzą szczęśliwy związek. Później w książce M. i D. Linnów Uzdrawianie ludzkich zranień poprzez pięć etapów przebaczenia przeczytałam o wynikach amerykańskich badań, które wskazują, że zachorowalność w pierwszym roku po śmierci współmałżonka lub rozwodzie rośnie wielokrotnie.


Codzienna porcja frustracji

Wiadomo, że optymistyczne lub pesymistyczne nastawienie pacjenta ma duże znaczenie dla przebiegu jego leczenia. Ciężko chorzy, którzy się poddają, mają mniejsze szanse na uratowanie życia niż ci, którzy chcą walczyć i wierzą w swoje wyleczenie. Wiele się też mówi o tym, że stres, ciągły pośpiech i przepracowanie powodują zawał serca i zatory krążenia (Japończycy mają nawet słowo karoshi, oznaczające śmierć z przepracowania). Natomiast prawie nikt nie wie, że duży wpływ na zdrowie fizyczne ma sposób obchodzenia się ze swoimi uczuciami.

Każdego dnia spotykają nas dziesiątki sytuacji, które wywołują w nas wiele różnych uczuć. Są to często uczucia zwane potocznie negatywnymi: strach, gniew, rozczarowanie, poczucie winy, zniechęcenie, smutek, wstyd i inne. Na przykład: tramwaj ucieka nam sprzed nosa, porzucamy wszystko, bo szef żąda natychmiast jakiegoś raportu, ale potem okazuje się, że przeczytał go dopiero w następny poniedziałek. W przychodni straciliśmy mnóstwo czasu, bo rejestratorka plotkowała przez telefon, a ciotka, z którą nie wypada zerwać kontaktów, znowu powiedziała coś, co miało być dowcipne, a było tylko złośliwe. Zapominamy o imieninach przyjaciółki, a dzieci nie spełniają naszych poleceń i odnoszą się do nas po chamsku... Te niepowodzenia i przykrości są drobne, ale nawarstwiają się, oblepiają nas, osaczają. Czujemy się jak pod ciągłym ostrzałem artyleryjskim. I rzadko kto potrafi sobie z tym radzić.

Niestety w naszej kulturze ludziom od dzieciństwa wpaja się przekonanie, że tak zwane „negatywne” uczucia są niewłaściwe, ich okazywanie jest niestosowne, a nawet — że samo ich przeżywanie jest nieetyczne. Wychowanie moralne, które odebrało wielu z nas, było tak naprawdę jakąś potworną karykaturą chrześcijaństwa. W efekcie, jeśli ktoś nas krzywdzi, chociażby poniża nas lub wykorzystuje, nie potrafimy walczyć o nasze słuszne prawa, lecz przeciwnie — czujemy się zaszczuci, bezsilni, a dodatkowo zjada nas poczucie winy, że ta osoba budzi w nas niechęć i irytację. Sporo osób jest wręcz przekonanych, że popełnia grzech, bo kogoś nie lubi! Nie ma tu miejsca na wykład z teologii moralnej, ograniczę się więc do stwierdzenia, że uczucia nie są grzechem.


Niechciane uczucia

Konsekwencje są zaś następujące: tłumimy i magazynujemy w sobie „negatywne” uczucia, gdyż ich przeżywanie i ujawnianie wywołuje w nas poczucie winy lub strach przed karą. Nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy! Jesteśmy przekonani, że tych uczuć wcale nie mamy... Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Mnie na przykład przez wiele lat wydawało się, że jestem spokojną osobą, która nigdy się nie złości. Wszyscy się dziwili, jak to możliwe, że jakieś wydarzenia nie wywołują mojego gniewu. Kiedy podczas terapii zaczęłam pracować nad uczuciami, zrozumiałam, dlaczego od lat żyję w ciągłym strachu przed dosłownie wszystkim: otóż nieświadomie przekształcam uczucia, których nie akceptuję, w inne. Jest to tak zwany mechanizm konwersji uczuć.

Zamiana gniewu na lęk występuje u osób, które jako dzieci były karane za okazywanie złości. Nie musi to być nawet bicie, wystarczy odrzucenie. Rzadko który rodzic zastanawia się, czy jego dziecko nie miało przypadkiem słusznego powodu, żeby się zezłościć. Typową reakcją jest raczej zakazanie za karę czegoś, co dziecko lubi, albo okazywanie lodowatego chłodu, czyli właśnie odrzucenie emocjonalne. Ale są też ludzie, którzy w dzieciństwie nauczyli się, że najlżejsze objawy sprzeciwu i niepodporządkowania powodują pijacką awanturę, wyzwiska i rękoczyny... jako dorośli będą zachowywać „pokerową twarz” za wszelką cenę.

Uczucia można też stłumić w dosłownym znaczeniu tego słowa. Zabić. Przestać je odczuwać. Ale wyparte uczucia nie znikają bez śladu, bo „coś” nie może stać się „niczym”. Pojawiają się konsekwencje, takie same jak w niezapomnianym skeczu Kabaretu Dudek o hydrauliku: „Dana woda, napotykając na otwór, czyli szczelinę, wypływa. Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb”.

Ktoś nie chce dopuścić do świadomości faktu, że nienawidzi swojej matki („Jak można nienawidzić własnej matki??? To straszne!!!”), jest przekonany, że wybaczył jej krzywdy, które mu kiedyś wyrządziła, i nie czuje do niej żadnego żalu (jest to tylko pobożne życzenie, bo prawdziwe przebaczenie wymaga zaakceptowania i przepracowania uczuć, dobre postanowienie nie wystarczy). Przeszłość została pogrzebana, a teraz jest nowe życie i „wszystko jest w porządku”... Tylko dlaczego od lat cierpi na pięć różnych przewlekłych chorób i żaden lekarz nie może go wyleczyć?

Istnieje powiedzenie, że Pan Bóg przebacza zawsze, człowiek czasami, natura nigdy.


Praca nad uczuciami

Duże znaczenie ma tutaj mechanizm walka–unik (fight–flight). Uczucia strachu i gniewu, które uważamy za „negatywne”, są w rzeczywistości przystosowaniem ewolucyjnym, któremu zawdzięczamy przetrwanie. Służą do obrony w przypadku zagrożenia: pierwsze pobudza nas do ucieczki, drugie do walki. To, które się uruchamia, zależy od oceny danego zagrożenia (na przykład siły i rozmiarów fizycznych podejrzanego osiłka, który nadchodzi z naprzeciwka w ciemnej ulicy).

Uczucia te wywołują w organizmie szereg reakcji fizjologicznych; między innymi zwiększa się ukrwienie mózgu, serca, płuc i mięśni (potrzebnych do walki lub ucieczki) kosztem układu trawiennego oraz zmienia się skład krwi. Gdy zagrożenie mija (osiłek przechodzi, nie zwracając na nas uwagi) i uczucia strachu i gniewu przestają być potrzebne, wszystko wraca do normy. Jeśli jednak odczuwamy je stale (choćby nawet nieświadomie), wówczas te reakcje trwają i zaczynają stopniowo drążyć nasz organizm. Dzieje się tak wtedy, gdy nie potrafimy sobie radzić z przykrymi wydarzeniami, które nas spotykają każdego dnia, albo gdy mamy nie załatwione „porachunki emocjonalne” z przeszłości.

Jak jednak „radzić sobie z przykrymi wydarzeniami”? Przede wszystkim nie udawać, że nie mają dla nas znaczenia. Pozwalać sobie na przeżywanie uczuć, jakie w nas wywołują. Dostrzegać ich natężenie i przebieg. Pytać się, które elementy, okoliczności danej sytuacji były dla nas szczególnie nieprzyjemne (czyli co konkretnie nas zdenerwowało). W ten sposób uczymy się samych siebie. Swoje odkrycia możemy wieczorem zapisywać, czyli prowadzić dziennik uczuć. Możemy też dzielić się nimi z odpowiednią osobą (poeta John Berryman, który zmarł śmiercią samobójczą, napisał: „Dopóki kryjemy się z naszymi sekretami, pozostajemy chorzy”), a jeśli takiej osoby nie ma, to opowiadać je komuś w wyobraźni albo przynajmniej opisywać w pamiętniku. Możemy mówić o nich Bogu na modlitwie. Ale trzeba zgodzić się na ich istnienie. Nie zaprzeczać im.

Ważne są też ruch fizyczny i ogólna higiena życia. To dlatego na naszym obozie terapeutycznym dzień zaczynał się od rozgrzewki na wolnym powietrzu. Nie tylko stan psychiczny wpływa na fizyczny, lecz jest też odwrotnie. Na przykład zdenerwowanie wywołuje charakterystyczne objawy cielesne: napięcie w karku i mięśniach, przyspieszone tętno, ściśnięty żołądek i gardło... Objawy te mijają po uspokojeniu się. Okazuje się jednak, że przyczynę i skutek można zamienić miejscami: jeśli zdołamy rozluźnić ciało (na przykład dzięki odpowiednim ćwiczeniom, ciepłej kąpieli), to ustąpi także zdenerwowanie.

Może się jednak zdarzyć, że nasze kłopoty z rozładowywaniem negatywnych uczuć nie mijają. Być może mają głębsze przyczyny — na przykład ciągną się od dzieciństwa, albo też tkwimy w nieprawidłowych relacjach rodzinnych, których nie potrafimy sami uzdrowić. W takim wypadku trzeba poszukać profesjonalnej pomocy psychologicznej. Nie wolno upierać się, że „wszystko jest w porządku” i „jakoś sobie poradzimy”. Bo sobie nie poradzimy. Odkryjemy to wcześniej czy później — a im później, tym boleśniej się o tym przekonamy.



Styczeń 2008





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl