s t r o n a   o   n a d z i e i












Cierpienie z przyzwyczajenia




Na pierwszy rzut oka tytuł wydaje się głupi. Za takiego romantyzmu czy Młodej Polski nieszczęśliwa miłość w stylu „Cierpień młodego Wertera” czy umieranie w młodym wieku na suchoty były modne i pociągające, ale w dzisiejszych naukowych i nastawionych na sukces czasach nikt raczej nie usiłuje ściągnąć na siebie żadnego nieszczęścia ani choroby (pomijam tutaj kwestię „załatwiania” sobie zwolnienia lekarskiego czy renty). Jest odwrotnie: jeśli odczuwamy jakiś ból — fizyczny czy jakikolwiek inny — to staramy się usunąć jego przyczynę: wyleczyć chorobę, zaspokoić potrzebę uczuciową itd., a jeśli to niemożliwe, to przynajmniej go znieczulić.

Nie zawsze jest to możliwe. Nie wszystkie choroby medycyna potrafi wyleczyć; dotykają nas też niezależne od nas, bolesne wydarzenia, takie jak różne krzywdy i niepowodzenia, rozstania z bliskimi ludźmi czy ich śmierć. Ale tak czy inaczej, jest oczywiste, że każdy stara się zdobyć w życiu jak najwięcej radości i zadowolenia, a nie cierpień i nieszczęść. A jednak od pewnego czasu odkrywam, że dużą część cierpienia ludzie niepotrzebnie zadają sobie sami. I trwają w nim, mimo że można je stosunkowo łatwo i szybko wyeliminować.

To, co tu napiszę, może Ci się wydać głupie — gdyby jakieś problemy zatruwające Ci życie były łatwe do rozwiązania, to już dawno sam byś to zrobił. Kiedyś myślałam podobnie, ale teraz wiem, że nawet w okolicznościach, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie od nas niezależne, można sporo zrobić dla poprawy swojego nastroju i samopoczucia. Spróbuj więc doczytać ten tekst do końca i poszukać miejsc, które są źródłem Twojego smutku, bólu, żalu, rozczarowania, irytacji i tak dalej. Jest bardzo prawdopodobne, że gdy spojrzysz na te sytuacje z nowego punktu widzenia, sporo negatywnych emocji ustąpi i jakość Twojego życia znacznie się poprawi.


Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało

Choć jest to bardzo smutne, znam osoby, do których ten cytat z Tadeusza Boya Żeleńskiego pasuje jak ulał. Są niezadowolone, rozgoryczone, wypełnione żalem lub pretensjami; ciągle są zirytowane i na wszystko narzekają albo odwrotnie — izolują się i cierpią samotnie. Niektóre z nich doznały jakichś krzywd czy niepowodzeń; w innych wypadkach trudno jest dostrzec, aby kiedykolwiek przydarzyło im się realne nieszczęście.

Osoby te są naprawdę nieszczęśliwe i jest mi ich szczerze żal, czuję się też bezsilna, ponieważ nie wiem, jak im pomóc. Mają utrwalone sposoby postrzegania rzeczywistości i relacji z ludźmi, i każde nowe wydarzenie interpretują w taki sposób, aby pasowało do ich wizji świata. Im bardziej usiłuje się je przekonać do szukania w życiu także radośniejszych stron, tym bardziej upierają się trwać w swoim cierpieniu. Czasami można odnieść wrażenie, że jest to po prostu ich sposób na życie.

Jak to się robi? Można na przykład w nieskończoność rozpamiętywać jakieś dawne straty i urazy, żyć przeszłością i zaskorupić się w poczuciu krzywdy, tak aby nawet nie dopuścić do siebie myśli o przebaczeniu i pojednaniu. Albo trwać w buncie przeciwko Bogu i innym ludziom i zacząć walczyć z wszystkim i wszystkimi naokoło. Albo stawiać wobec swojej rodziny, znajomych, sąsiadów, pracodawców, rządu i tak dalej nieskończoną ilość żądań i pretensji — i z uporem pielęgnować do końca życia ból, odrzucenie i żal, że na przykład synuś nie kocha mamusi, bo się ożenił z „tą lafiryndą”, zamiast zajmować się mamusią, „która mu przecież całe życie poświęciła”.

Kiedy widzimy wokół siebie podobne osoby, to nie mamy wątpliwości, że postępują źle i są nieszczęśliwe na własne życzenie — ich roszczenia wobec świata są po prostu absurdalne. Ale prawie nikt nie uzna sam przed sobą, że przynajmniej czasami też się tak zachowuje. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że 90% moich oczekiwań i pragnień, których moje otoczenie nie spełniało, przez co bardzo cierpiałam i czułam się odrzucona i niekochana, było idiotyczne i wynikało z mojego ogromnego egocentryzmu i różnych urazów. Kiedy w końcu przestałam uważać, że wszystko mi się należy, moje życie stało się znacznie szczęśliwsze.


Czas zastygły w żałobie

Są też ludzie, którzy z jakichś przyczyn odbierają jako wielkie, życiowe katastrofy wydarzenia, które dla innych byłyby tylko przykrymi porażkami albo przejściowym bólem. Żyją nimi przez cały czas, chociaż od tamtej pory minęły lata. Zegar ich życia jakby stanął w tamtym momencie i wskazówki zatrzymały się na określonej godzinie.

Wśród bliskich krewnych mam osobę, która nie poradziła sobie z bolesnym, ale spotykającym każdego człowieka faktem śmierci ojca. Wciąż trwała w świeżej rozpaczy, jakby ojciec umarł wczoraj. Jeździła co tydzień na cmentarz na drugi koniec miasta, a smutek topiła nocami w koniaku. Umeblowała mieszkanie rzeczami ojca, nawet książki i bibeloty musiały być ustawione identycznie i nic nie wolno było zmienić. Codziennie opowiadała, jaki wspaniały był jej ojciec i co by zrobił w danej sytuacji. Stopniowo przestawała zajmować się dziećmi, a męża znienawidziła, gdyż nie był taki sam jak ojciec. W końcu zapadła na alkoholizm, zespół maniakalno–depresyjny i schizofrenię.

Znałam też osobę, która konsekwentnie niszczyła swoje życie, bo człowiek, w którym się w młodości zakochała, ją odrzucił. Nie mogła się z nim „rozstać”, zamykała się na wszelkie nowe znajomości, czuła się nieszczęśliwa, opuszczona, wykorzystana... Uważała, że jej życie już się skończyło, Bóg jest zły i skazał ją na wieczne cierpienie, a wszyscy mężczyźni to świnie i łajdacy. Trwała przez lata w zastygłym smutku i izolacji.

Nie chodzi o to, żeby te dwie osoby osądzać i obarczać winą za ich cierpienie. Psychika ludzka ma wiele zakamarków, których uczeni nie poznali i nie jest pewne, czy kiedykolwiek poznają. Nie wiadomo, dlaczego jedni ludzie zapadają na depresję kliniczną, a drudzy nie, albo dlaczego jedni sobie radzą z życiowymi ciosami, a inni załamują się zupełnie na skutek znacznie mniejszych problemów. Ale znając przez wiele lat te kobiety, widziałam, że do ich katastrofy życiowej przyczyniły się nie tylko ich konstrukcja psychiczna, nieprawidłowe wychowanie przez toksycznych rodziców i postępowanie innych osób, lecz także ich własne, świadome postawy i zachowania. W pewnym momencie dokonały wyboru, żeby trwać w tej sytuacji, okopać się, przeżywać ją bez końca, zamiast próbować oprzeć się na życzliwych ludziach, którzy okazywali miłość i przywiązanie, szukać ulgi w religii, hobby, pięknie przyrody czy pomocy potrzebującym. Istnieją przecież dziesiątki sposobów, które od wieków stosują ludzie, aby zapomnieć o nieszczęściu, jakie wydarzyło się w ich życiu. Opłakują swoją stratę, noszą w sercu cierń, ale idą dalej...


Wyjść z jaskini cierpienia

To, czy będziemy siedzieć w mrocznej jaskini naszych smutków, niepowodzeń i strat, czy też z niej wyjdziemy, jest bowiem naszym wolnym wyborem. To my (jeśli nie jesteśmy już dziećmi) decydujemy, czy pozwolimy naszym niemożliwym do spełnienia pragnieniom i oczekiwaniom rządzić naszym życiem i relacjami z ludźmi, czy też postaramy się je kontrolować i wychowywać. To jest właśnie ten mechanizm, który pozwala wyeliminować z naszego życia wiele cierpienia.

Kiedy wydarzy się nieszczęście, od nas zależy, czy damy mu się zniszczyć czy nie — od interpretacji, jaką nadamy faktom. Jeśli będziemy się buntować, obwiniać Boga, siebie i wszystkich naokoło, to tylko będziemy bardziej cierpieć. Wydaje się, że najgorsze jest nie samo cierpienie, ale zamęt wewnętrzny, ciemność, poczucie bezsensu, bezsilność. Dlatego warto szukać klucza, w jakim można odczytać bolesne wydarzenia, żeby nadać im sens. To wymaga czasu, ale przynosi spokój. Czasami rozwiązanie leży jak na dłoni, a my go nie widzimy, bo patrzymy na fakty pod niewłaściwym kątem. Jednak jeśli będziemy go szukać, to stopniowo zacznie się odsłaniać jakiś deseń — podobnie jak jest podczas układania puzzle’a.

Ja na przykład odkryłam, że niszczyło mnie uzależnianie się emocjonalne od ludzi (piszę o tym więcej w tekście Historia pewnej przyjaźni). Nie miałam poczucia własnej wartości, nie widziałam sensu swojego istnienia, czułam się nikim i sama siebie nie kochałam. Budowałam sens życia na tym, czy jestem potrzebna ludziom i czy im na mnie zależy. A to jest pułapka. Jeśli uzależniamy sens życia od posiadania przy sobie konkretnego człowieka, od jego akceptacji i obecności, to to zniszczy i nas, i relację z tym człowiekiem — nikt nie byłby w stanie udźwignąć ciężaru, jaki na niego w ten sposób nakładamy.

Podobnie jest z wszelkimi innymi pragnieniami i dążeniami; nie można ich absolutyzować, nawet jeśli same w sobie (jak zdrowie, wolność, rodzina czy piękny dom) są dobre. Kiedy stawiamy sprawę, że MUSIMY coś mieć, stoimy na straconej pozycji. Jeśli pozwolimy, żeby jakakolwiek rzecz czy osoba stała się naszym bożkiem, odebrała nam wolność wewnętrzną, to prędzej czy później zamieni się ona w Molocha, krwawe bóstwo, które żądało ofiar z ludzi...

Dlatego, jeśli odczuwamy przedłużający się ból uczuciowy, to nie należy wpadać w panikę ani rozpacz, tylko trzeba się przyglądać, co konkretnie boli, jak i kiedy. Jest on informacją — podobnie jak dzięki różnym rodzajom bólu w narządach ciała wiadomo, na jaką się zapadło chorobę i jak ją leczyć. Cierpienie psychiczne pozwala poznać, co się w nas dzieje, jakie miejsca w naszym stosunku do życia i ludzi są nieprawidłowe, a wtedy zaczynają się one leczyć.


Obrona szczęścia

Żyjący w I wieku n.e. filozof Epiktet twierdził, że żadna inna osoba nie może nas zranić, jeżeli na to nie pozwolimy. Człowiek nosi w sobie swoją wewnętrzną wolność, swoje prawdziwe ja, którego żadne zewnętrzne okoliczności ani postępowanie drugiego człowieka nie mogą naruszyć. Jedynie sami możemy się skrzywdzić, pozwalając, aby dotykające nas wydarzenia zewnętrzne zniszczyły wolność i spokój naszego wewnętrznego ja. Epiktet był niewolnikiem i doznał wielu krzywd. Dzięki dystansowi, jaki nauczył się utrzymywać wobec wszystkiego, co go spotykało, do końca życia czuł się człowiekiem szczęśliwym.

Pogański filozof sprzed dwóch tysięcy lat może się wydawać papierowy i nierzeczywisty, ale podobną postawę wobec życia zachowują także ludzie żyjący w znacznie bliższych nam czasach. Wyjątkowym przykładem jest Etty Hillesum, młoda holenderska Żydówka zamordowana w Auschwitz w 1942 roku. Pozostawiła ona po sobie świadectwo, że nawet pomimo tragicznych okoliczności zewnętrznych można obronić w sobie wewnętrzną wolność i szczęście.

Na kilka miesięcy przed śmiercią Etty pisała: „Rano jeździłam na rowerze po Stadionkade i delektowałam się bezkresnym niebem na skraju miasta, i wciągałam w płuca świeże, nie reglamentowane powietrze. Wszędzie zaś widać tabliczki, które Żydom bronią dostępu do dróg, do dzikiej natury, ale nawet nad tą jedyną drogą, która nam pozostała, wisi całe niebo. Nie mogą nam nic zrobić, naprawdę nic. Mogą nam trochę utrudnić życie, ograbić z dóbr materialnych, z zewnętrznej wolności przemieszczania się, ale to my dopuszczamy się największej grabieży na nas samych, gdyż błędną postawą pozbawiamy się najlepszych sił, godząc się na poczucie bycia prześladowanymi, znieważanymi i ciemiężonymi, jak również ulegając uczuciu nienawiści i bufonadzie, która maskuje strach. Można być czasem przybitym z powodu krzywdy, którą nam wyrządzano — to zrozumiałe i ludzkie. Mimo to: my sami popełniamy największy rabunek. Uważam, że życie jest piękne i czuję się wolna. Niebiosa we mnie są równie szeroko rozpięte jak nade mną. Wierzę w Boga i w ludzi, i stopniowo nabieram odwagi, aby powiedzieć to szczerze — bez fałszywego wstydu. [...] Należę do szczęśliwych ludzi i sławię to życie...”



Sierpień 2007





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl