s t r o n a   o   n a d z i e i












Fortepian




Monice i Tomkowi                       




Fortepian jest czarny, pochodzi z firmy F. Mühlbach i, o ile wiem, został wyprodukowany w St. Petersburgu w 1904 roku. Jest więc dostojnym jubilatem. Można powiedzieć, że jak na „Stronę o nadziei”, jest bardzo nietypowym bohaterem tekstu. Postanowiłam jednak o nim opowiedzieć, bo (nomen omen) gra w moim życiu dziwnie symboliczną rolę.

Na początku stał w mieszkaniu dziadka, położonym w starej kamienicy i wypełnionym książkami i starymi meblami, a dziadek grywał na nim w wolnych chwilach przedwojenne tanga. Kiedy poszłam do szkoły i zostałam zapisana do szkoły muzycznej (nikt nie pytał mnie o zdanie, zresztą wtedy nawet nie przychodziło mi do głowy, że mogę mieć jakieś swoje zdanie), został przewieziony do trzypokojowego mieszkania w wysokim bloku, gdzie mieszkałam z mamą. I na dziesięć lat stał się moim przekleństwem. Nie znosiłam spędzać codziennie jednej, dwóch godzin na monotonnych i nużących ćwiczeniach. Moje koleżanki biegały w tym czasie po osiedlu i bawiły się wspólnie na podwórku. Nie brałam udziału w ich zabawach, więc siłą rzeczy byłam zawsze wyobcowana, gdzieś na samym dole podwórkowej i klasowej hierarchii towarzyskiej. Co ciekawe, lubiłam wszystkie inne przedmioty ze szkoły muzycznej — flet, chór, teorię muzyki — ale do ćwiczeń na fortepianie szłam jak na egzekucję i co chwilę patrzyłam na zegar, odliczając kwadranse oddzielające mnie od odzyskania wolności.

Ćwicząc z musu, nigdy nie grałam dobrze i nie byłam odpowiednio przygotowana na lekcje, co wywoływało oczywiście krytykę nauczycieli. A to z kolei sprawiało mamie i dziadkowi wielki smutek. Nawet nie agresję — pretensje, awantury, kary — ale ogromny smutek, który wywoływał we mnie okropne poczucie winy. Był to podstawowy sposób, za pomocą którego manipulowało się w moim domu ludźmi, aby byli posłuszni czyjejś woli.

Odważyłam się zbuntować dopiero w trzeciej klasie liceum, kiedy dziadek już od czterech lat nie żył. Powiedziałam twardo „nie”, a mama mimo moich obaw niespodziewanie łatwo uległa. Miała już zresztą w tym czasie własne problemy, które ją pochłaniały.


***


Trochę wcześniej nastąpiło jeszcze jedno traumatyczne wydarzenie związane z fortepianem. Kiedy miałam 13 lat, kończyła się nauka w szkole muzycznej i w programie przewidziany był uroczysty egzamin publiczny. Była komisja egzaminacyjna, dzieci, rodzice i nauczyciele. Dziadek na długo wcześniej zaczął wytwarzać atmosferę, że jest niezwykle ważne, abym wypadła jak najlepiej — miałam być wielką małą artystką, cudownym dzieckiem. Nie byłam w stanie znieść tego napięcia. Zawsze wpajano mi przekonanie, że moim naczelnym obowiązkiem, którego nie wolno zawalić, jest wypełnianie oczekiwań — po prostu muszę stanąć na wysokości zadania. Pamięć się wymazała, ręce się trzęsły. Grałam fatalnie. Postawiono mi 3+. Była to moja najniższa ocena w ciągu całej nauki w szkole muzycznej, ale i tak znacznie zawyżona przez mądrą komisję.

Chyba już nigdy nie odczuwałam większego poczucia winy. Dziadek był załamany, a mama miała pretensje, że nie starałam się wystarczająco i że on tyle dla mnie robi, a ja go tak bardzo rozczarowałam... W moim domu przy każdej okazji powtarzano dwie mantry: „jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz” i „mogłaś się trochę więcej postarać”. One zabijają, naprawdę. Tłukły mi się od tamtej pory w mózgu przy okazji każdego, nawet najmniejszego niepowodzenia przez następne 25 lat. Dopiero od niedawna zaczęły blaknąć i odsuwam je ze spokojem, kiedy czasem wracają.

Od tamtej pory nie byłam w stanie wystąpić publicznie. Mogłam się popisywać i produkować w kółku towarzyskim, ale publiczne wstanie i powiedzenie czegoś w sytuacji oficjalnej, gdy wszyscy słuchali, przekraczało moje siły. Niezależnie od tego, co powiedziałam, wydawało mi się, że zachowałam się niemądrze i niestosownie. Czułam się zupełnie zdyskredytowana i ośmieszona. O zaśpiewaniu publicznie nie było mowy. Panicznie bałam się, że się pomylę. Trzęsły mi się ręce i miałam tak ściśnięte gardło, że nie wychodził z niego żaden dźwięk.


***


Tymczasem fortepian stał cicho w kącie dużego pokoju (zupełnie jak hipopotam w pokoju stołowym...) i służył do stawiania wazonów z kwiatami oraz odkładania rzeczy, na które nie ma lepszego miejsca. Aż w końcu mama, której stan stopniowo się pogarszał, wymusiła rozwód z ojczymem, sprzedaż domu i podział majątku. Stało się to bardzo nagle, tuż przed Bożym Narodzeniem. Zabrała wszystkie meble, książki, obrazy, nawet lampy, sztućce i firanki — wszystko, co należało do niej i do dziadka, i co tworzyło moje dzieciństwo. Zostało trochę rzeczy, które stanowiły prywatną własność ojczyma, i fortepian, który nie zmieścił się w nowym mieszkaniu mamy. Ojczym zabrał go więc do siebie razem z moim rodzeństwem i resztą inwentarza.

Ja mieszkałam z mężem w wynajętym mieszkaniu i przechodziłam ciężko skutki syndromu utraty. To znaczy nie wiedziałam wtedy, że to się tak nazywa. Usiłowałam odtworzyć dom, w którym się wychowałam. Szukałam na pchlich targach starych mebli i odkupywałam w antykwariatach książeczki dla dzieci — koniecznie te wydania, które miałam w dzieciństwie. Uczyłam się obcych języków, które znał mój dziadek, kupowałam takie książki, jakie miał mój dziadek, piłam takie alkohole, jakie pił mój dziadek, i robiłam takie imprezy dla znajomych, jakie robił mój dziadek. A kiedy dorobiliśmy się własnego domu, zapragnęłam ogromnie, aby sprowadzić fortepian po dziadku i znowu na nim grać.

I wtedy postawiła się moja siostra, która oznajmiła, że mama, wyprowadzając się, zostawiła fortepian jej. I nigdy mi go nie odda. Nie słyszałam nic o tym wcześniej, a siostra fortepianu nie potrzebowała, bo grała na skrzypcach. Odczułam to jak ponowną utratę domu rodzinnego, ale nie miałam siły, żeby walczyć.

Jednak po kilku latach przestało mi zależeć. Miałam inne sprawy, ujawniło się DDA, więc zajęłam się rozwiązywaniem tego problemu i przepracowywaniem historii życia. Wyleczyłam się z syndromu utraty, pozbyłam się góry książek i starych mebli, które gromadziłam, aby odzyskać namiastkę dzieciństwa (na temat syndromu utraty jest świetna książka Judith Viorst „To, co musimy utracić”), i czarny fortepian w roli głównej dekoracji najlepszego pokoju w naszym domu był ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłam.


***


Aż pewnego jesiennego dnia, trzy miesiące temu, niespodziewanie zadzwoniła moja siostra i zapytała słodko, czy nie chciałabym zabrać fortepianu. Chętnie mi go odda. Ojczym chce się go pozbyć, bo zajmuje połowę największego pokoju. Ona nie ma w domu miejsca, a sprzedać się nie da, bo instrument jest w bardzo złym stanie i jego wartość nie przekracza kosztów transportu. Mam więc niepowtarzalną okazję odzyskać pamiątkę z dzieciństwa i spełnić moje pragnienia — o których zawsze pamięta.

Odmówiłam. Nie miałam pieniędzy na transport i nie chciałam brać grata, o którego kosztownym remoncie nie mogłam nawet marzyć. Niedawno, dzięki pomocy moich przyjaciół, wspaniałych muzyków, udało mi się wreszcie przełamać blokadę przed publicznym występowaniem, więc cieszyłam się śpiewaniem i wolałam nie ryzykować wywoływania duchów. W domu trwał remont, a ja nie zamierzałam się znowu przepychać wśród nadmiaru mebli.

Siostra zaofiarowała, że sama załatwi transport i postara się, żeby było jak najtaniej... A jeśli nie mam pieniędzy, to mi pożyczy. Nie chciałam. Usiłowałam znaleźć staruszkowi dobry dom, ale kiedy się nie udało, a mój mąż nalegał, że fajnie byłoby mieć fortepian, niechętnie się zgodziłam. Miałam od kilku lat dolegliwości reumatyczne i pomyślałam, że zamiast wydawać setki złotych na lekarzy i rehabilitację, mogę trochę pograć, nawet jeśli instrument jest nieznośnie rozstrojony. Na szczęście nie mieszkam w bloku.

I teraz w wolnych chwilach siadam sobie na kwadransik i gram — tylko, jeżeli mam ochotę! — kolejną gamę. Był dzień gamy C–dur, potem a–moll, potem G–dur, e–moll i tak dalej. Na początku nie mogłam nawet uderzać we właściwe klawisze, ale zdumiewająco szybko ręce odzyskały sprawność. A ostatnio siostra przekazała moje stare nuty. Dzisiaj właśnie zajrzałam do pudełka, wyciągnęłam „Inwencje dwugłosowe” Bacha i zaczęłam grać moją ulubioną trzynastą inwencję a–moll. I poczułam, że muszę napisać ten tekst, żeby podzielić się radością i zdumieniem, jak dziwnie plecie się życie. Bo ten tekst jest, wbrew pozorom, bardzo radosny. Obserwuję od pewnego czasu, jak spełniają się moje pragnienia, z których już dawno zrezygnowałam, i że robię wspaniałe rzeczy, o których niegdyś marzyłam, ale później trzeba je było skreślić jak nieściągalne długi. Że powoli odbudowują się relacje i wracają do mnie ludzie, którzy byli dla mnie bardzo ważni, ale mnie odtrącili lub skrzywdzili. A jeśli umarli, to wracają pamiątki po nich i pamięć, oczyszczona i uzdrowiona, która już nie boli. Fortepian jest jednym z przykładów. I to wszystko stało się samo. Potrzebny był jedynie czas.



Styczeń 2009




Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl