s t r o n a   o   n a d z i e i












O potrzebach i niedostatkach,
które wiodą nas do Boga




Staramy się unikać złych emocji. Nie lubimy być smutni; nie lubimy, gdy doskwierają nam różnego rodzaju potrzeby i braki. Wszyscy poszukujemy spełnienia i szczęścia. Nasza kondycja przesycona jest pragnieniem pełni. Takimi zechciał nas Bóg i tak zostaliśmy stworzeni. Człowiek to ktoś, kto niezmiennie zmaga się z rożnego rodzaju niedostatkiem; to ktoś, kto ciągle pokonuje trudności, przezwycięża braki i wygląda w przyszłość, w której dostrzega wielką nadzieję pełni, zaspokojenia i szczęśliwości.

Byłoby fantastycznie — myślimy sobie — gdybyśmy nie mieli żadnych kłopotów, zmartwień i pilnych spraw, które domagają się załatwienia. Byłoby fantastycznie, gdybyśmy w jednym momencie zostali uwolnieni od codziennej krzątaniny, od potężnej lawiny obowiązków w domu, w pracy czy w szkole. Marzymy o stanie równowagi i spełnienia, a codzienność wciąż nie pozwala nam doświadczyć momentu wytchnienia. Ogrom obowiązków i brak czasu to podstawowy argument, który usprawiedliwia naszą nieobecność na modlitwie, nasz brak osobistej więzi z Bogiem. Sprawy duchowe odkładamy zawsze „na później”, ponieważ ważniejsze jest to, co „tu i teraz”.

Zbyt często zapominamy, że do Boga możemy przyjść zawsze, bez względu na to, czy jesteśmy wyczerpani kołowrotem codziennych obowiązków, czy też odprężeni po weekendzie spędzonym w górach. Co więcej, do Boga możemy przyjść również bez względu na to, czy jesteśmy przekonani o własnej świętości, czy też gnębi nas poczucie winy. Bóg czeka na nas niezmiennie. Powiem więcej — jest zupełnie inaczej, niż potocznie sądzimy, to znaczy: właśnie wtedy, gdy głęboko doświadczamy własnej niedoskonałości i gdy osobista relacja z Bogiem wydaje nam się nieosiągalna, Bóg wypatruje nas w sposób szczególnie intensywny tak, jak ewangeliczny ojciec wypatrywał syna marnotrawnego. Doświadczenie niemocy, paraliżu sił i wyczerpania powinno nas inspirować do poszukiwania oparcia w Bogu. Przekonanie o własnej samowystarczalności, zadufanie w sobie i rezygnacja z jakiejkolwiek pomocy to największy dramat, który skazuje nas na samotność, na irracjonalne zatrzaśnięcie w świecie własnego „ja”. Istotą tego dramatu jest fakt, że człowiek, polegając wyłącznie na samym sobie, całkowicie odrzuca Boga. Egocentryk to ktoś, kto nie potrzebuje Boga.

Dlaczego czas poświęcony modlitwie wydaje nam się czasem straconym? Skąd wynika nasze „skąpstwo” wobec czasu, który mielibyśmy poświęcić Bogu? Jednym z powodów, jak sądzę, jest właśnie przekonanie o tym, że sami damy sobie radę, że Bóg niewiele może pomóc. Tymczasem, to właśnie nasze problemy, kłopoty i niedomagania powinny być drogą wiodącą nas poprzez prośbę i potrzebę pomocy do żywej relacji z Bogiem. Prośba o pomoc zakłada określony brak i oczekiwanie na wsparcie, a zatem właśnie wtedy, gdy doświadczamy różnego rodzaju braków i niedoskonałości, powinniśmy ufnie zwracać się do Boga. Codzienne potrzeby, kłopoty i porażki z powodzeniem mogą się stać droga wiodącą nas do prawdziwej relacji z Bogiem. Gdybyśmy nie doświadczali braków, wówczas nie potrzebowalibyśmy niczego i nikogo, żylibyśmy w pojedynkę, każdy z nas na osobnej, niemal bezludnej wyspie. Potrzeba to pretekst, to okazja, by zwrócić się do kogoś o pomoc, by doświadczyć własnej ograniczoności i dzięki temu odkryć Boga jako źródła niewyczerpanej mocy.

(C) Bernard Piechal
      (C) Bernard Piechal

Jeden z księży powtarzał kiedyś taką anegdotę: „Pewien chłopak zakochał się do szaleństwa w pewniej dziewczynie. Przyszedł w tej sprawie do księdza, by podzielić się swoją radością. Ksiądz bardzo się ucieszył, ale zarazem powiedział tak: Słuchaj, postawiłeś sobie poprzeczkę bardzo wysoko. To bardzo inteligentna dziewczyna. Chłopak na to: Wiem. Wobec tego ksiądz dalej: To także bardzo zaradna dziewczyna, świetnie zorganizowana i wyjątkowo pracowita. Chłopak niezmiennie odpowiada: Wiem. Ksiądz zatem zapytał wprost: Jakie widzisz więc szanse tego związku? A chłopak na to: Ta dziewczyna, na szczęście, panicznie boi się pająków. Gdyby nie bała się pająków, nie miałbym żadnych szans. Potrzebujemy się!”. No właśnie! Świat, w którym nikt nikogo by nie potrzebował, byłby światem radykalnej samotności i beznadziei. „Jak bardzo się cieszę — pisała św. Teresa z Lisieux — że w godzinie śmierci jestem jeszcze tak bardzo niedoskonała i tak bardzo się cieszę, że potrzebuje Miłosierdzia Boga”.

Nasze pragnienia i potrzeby, które nie mogą być w pełni zrealizowane tu, na ziemi, są — jak mawiał C.S. Lewis — dowodem na istnienie nieba. To one odsyłają nas do miejsca, które znajduje się poza horyzontem tego świata. Nie zmierzajmy zatem bezwzględnie w stronę samowystarczalności i samozadowolenia — to iluzja, której nie wolno mylić z prawdziwym szczęściem. Samowystarczalność to synonim odosobnienia, zasklepienia w sobie i oderwania od Boga. Nienasycenie, swego rodzaju głód, który przenika różne sfery naszego życia, to — wbrew pozorom — pożyteczna, ożywiająca siła, która przynagla nas do życia we wspólnocie z innymi ludźmi i Bogiem. Nasze niedoskonałości nie są przekleństwem, lecz błogosławieństwem, ale tylko o tyle, o ile dzięki nim będziemy zbliżać się do drugiego człowieka i do Boga.

Nasze potrzeby, braki i niedostatki to doskonała okazja, by uznać naszą ograniczoność, a tym samym zwrócić się do Boga jako Wszechmocnego. Robimy to za każdym razem, gdy formułując słowa prośby wieńczymy je cytatem z Ogrójca: „Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”. Taka modlitwa wcale nie jest łatwa. Przeciwnie — to być może modlitwa najtrudniejsza, ponieważ wymaga zaufania wobec Boga, któremu powierzamy nasze życie. Gdyby Jezus w trwodze konania, w Ogrójcu, zakończył modlitwę słowami: „Oddal ode mnie ten kielich”, Jego modlitwa z pewnością nie byłaby wyrazem zaufania i zjednoczenia z wolą Ojca.

Zauważmy jednak, że Jezus został wysłuchany. Słowa Jego modlitwy w Ogrójcu znalazły spełnienie. W jaki sposób? Nie poprzez uwolnienie od śmierci, lecz poprzez zmartwychwstanie! Bóg zawsze daje o wiele więcej niż prosimy. Jeśli całkowicie zaufamy Bogu, wówczas On spełni nasze prośby w sposób pełny, stuprocentowy i doskonały. O ileż doskonalsze jest zmartwychwstanie niż banalne uniknięcie śmierci. Droga do doskonałości wiedzie jednak przez wysiłek zaufania i posłuszeństwa wobec woli Ojca.

C. S. Lewis mówił tak: „Przy końcu czasów objawią się tylko dwa rodzaje ludzi: ci, którzy powiedzą Bogu: Bądź wola Twoja i ci, którym Bóg powie: Bądź wola Twoja. Pierwsi to ci, którzy zgadzają się na to, co Bóg czyni w ich życiu, a tym samym przyjmują Jego wolę, drudzy natomiast to ci, którzy poszukują samowystarczalności i realizują wyłącznie własne pomysły. Nie chciejmy robić wszystkiego „po swojemu”. Zaufajmy Bogu i innym ludziom.

Poczucie niespełnienia będzie nam towarzyszyć do końca życia. Nie jest to przestrzeń, która można by wypełnić czymkolwiek, jakąkolwiek treścią. Człowiek to ktoś, kto posiada egzystencjalny brak, pewne niemal niewyczerpane pragnienie, które można wypełnić tylko wiarą i zaufaniem wobec Boga. Tylko On — Nieskończony, Wieczny i Wszechmocny — może zaspokoić pragnienie, które wykracza daleko poza granicę doczesności. Bóg jest odpowiedzią na nasze najgłębsze tęsknoty.


Maciej Chanaka OP



Więcej na podobny temat można przeczytać w tekście pt. „Jak się modlić, by Bóg nas wysłuchał?”.



Listopad 2010




Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl