s t r o n a   o   n a d z i e i












Psychoterapia i lecząca sadzawka




Usłyszałam kilka podobnych historii: moi rozmówcy jako dzieci nie mieli dobrej, szczęśliwej rodziny; rodzice poranili ich swoim brakiem miłości i obojętnością, a czasami nałogami i przemocą; doznali też wielu innych, przykrych przeżyć. Dziś są dorośli i nie potrafią ułożyć sobie życia: nie umieją budować zdrowych relacji ani utworzyć stabilnego, szczęśliwego związku. Czują się niepotrzebni, cierpią z powodu samotności, dają się łatwo wykorzystywać. Są jakby uwięzieni w błędnym kole — relacje z kolejnymi bliskimi osobami, praca w następnych firmach kończy się w podobny, bolesny sposób.

Osoby te są bardzo, bardzo nieszczęśliwe. Szukają więc pomocy w psychoterapii: jednej, drugiej, trzeciej. Ale pomogło im to niewiele albo nic. Przestali więc szukać kolejnej terapii, niektórzy zaś zdecydowali się terapię nagle przerwać, bo zorientowali się, że terapeuta angażuje się jedynie w wystawianie rachunków, a pacjent tak naprawdę niewiele go obchodzi. Jeszcze inni usłyszeli od terapeuty, że ich przypadek jest beznadziejny. Załamani, rezygnują z szukania dalszej pomocy.

Przekonałam się, że dla takiego nieszczęśliwego, poranionego człowieka nie ma nic gorszego niż usłyszeć od swojego terapeuty, że nic z niego nie będzie. Jest to rodzaj wyroku śmierci. Odbiera wszelką wartość, godność i nadzieję. Być może, gdyby spróbowali zweryfikować tę opinię, dowiedzieliby się, że zaburzenia osobowości czy niedojrzałość emocjonalna nie są przyczyną nieskuteczności terapii, lecz zadaniem terapii jest właśnie wyleczenie z nich. Ale nie robią tego, bo psychoterapeuta (zwłaszcza znany) jest dla nich wielkim autorytetem.


Spokój Karmelu

Chcę tu opowiedzieć o dwóch bardzo poranionych osobach, co do których wydawało się, że już nic z nich nie będzie. Nie przeszły żadnej psychoterapii, a jednak obie wyszły z ciężkich kryzysów psychicznych, zrealizowały swoje życiowe pragnienia i umarły szczęśliwe. A nawet przeszły do historii — dzisiaj czytają o nich i starają się je naśladować miliony ludzi.

Pierwszą z tych osób jest Francuzka Teresa Martin, znana jako „mała Tereska z Lisieux” albo święta Teresa od Dzieciątka Jezus, ogłoszona doktorem Kościoła katolickiego. Kiedy Teresa miała 4 lata, zmarła jej matka. Dla wrażliwego, bardzo emocjonalnego i nadmiernie przywiązującego się do ludzi dziecka był to okropny szok. Rolę matki przejęła starsza siostra, ale gdy kilka lat później wstąpiła ona do klasztoru — tego kolejnego „porzucenia” dziecko, mimo troskliwej opieki ojca, już nie zniosło. Teresa się ciężko rozchorowała.

Myślę, że mogła to być ciężka nerwica deprywacyjna, wskutek której, mając dziesięć lat, Teresa wróciła do poziomu rozwoju z etapu niemowlęcego. Otoczenie nie mogło nawiązać z nią kontaktu, a jej stan pogarszał się tak, że realnie groziła jej śmierć. Miała też paranoiczne urojenia, że najbliżsi chcą ją otruć. Została cudownie uzdrowiona dzięki modlitwom rodziny do Matki Bożej, ale jej sfera psychoemocjonalna wcale nie była zdrowa. Zapewne narażam się bardzo czcicielom św. Teresy, ale kiedy czytam jej pisma, w których opowiada o swoim dzieciństwie i młodości, odnoszę wrażenie, że niewątpliwie wymagała terapii.

Sto dwadzieścia lat temu były inne czasy i Teresa żadnej terapii nie miała. Natomiast mając 15 lat, wstąpiła do klasztoru i rozpoczęła surowe życie karmelitanki bosej. Plan dnia przewidywał wiele czasu na modlitwę. Spędzała między innymi dwie godziny dziennie na rozmyślaniu nad tekstami Pisma świętego lub wydarzeniami z życia Jezusa, sporo czasu poświęcała także na adorację Najświętszego Sakramentu oraz czytanie dzieł świętej Teresy z Avila — założycielki karmelitanek bosych, świetnej znawczyni ludzkiej psychiki.

I kiedy czytamy dzisiaj „Rękopisy autobiograficzne” i listy świętej Teresy z Lisieux (są one przez wydawcę ułożone chronologicznie), to możemy obserwować, jak z upływem czasu Teresa się zmienia. Z infantylnej, miotanej emocjami dziewczyny, cierpiącej na nerwicę, lęki i uzależnienia emocjonalne, staje się stopniowo dojrzałą, uporządkowaną i wolną wewnętrznie osobą o harmonijnej osobowości. Pod koniec życia (umiera w wieku zaledwie 24 lat) jest już tak rozwinięta psychicznie i duchowo, że wymagająca przełożona nakłada na nią odpowiedzialność za formowanie nowicjuszek. Pozostały ich opinie — była mądrym i odpowiedzialnym wychowawcą, wyrozumiałym dla słabości ludzkich, ale umiejętnie motywującym podopieczne do pracy nad sobą.


Cisza Manresy

Drugą osobą, o której chcę tu opowiedzieć, jest święty Ignacy Loyola, założyciel zakonu jezuitów. Lubię o nim mówić, że podobnie jak baron Münchhausen wyciągnął się sam z bagna za włosy. Jego czasy — pierwsza połowa XVI wieku — były zupełnie zwariowane, nawet w porównaniu z dzisiejszymi. Ignacy, gwałtowny, ambitny i wybuchowy Bask, pędzi żywot rycerza: bierze udział w życiu dworskim, walczy na wojnie. Wskutek pogruchotania nogi kulą armatnią leży przez rok ciężko chory. Wtedy się nawraca. Ale jest osobą zupełnie niezrównoważoną (mam nadzieję, że jezuici mi wybaczą...), o totalnych „jazdach”, mówiąc dzisiejszym językiem. Cierpi na depresję, lęki i myśli samobójcze. Myślę, że dzisiejszy psychiatra zapisałby mu natychmiast leki psychotropowe.

W pewnym momencie Ignacy na prawie rok zamyka się w zupełnym odosobnieniu w jaskini koło miasteczka Manresa. Tam się modli, przepracowuje swoje życie. Na podstawie swoich doświadczeń opracowuje sławne „Ćwiczenia duchowne”, stosowane odtąd powszechnie w Kościele katolickim jako podstawa pogłębionych rekolekcji. Rzeczywiście, pomagają one w nawróceniu, w nawiązaniu osobistego kontaktu z Bogiem, lecz są również — chociaż nie to jest ich celem — świetną terapią. Uważa tak wiele osób i jest to również moje doświadczenie.

Kiedy kilka lat temu „wysypało” mi się DDA (syndrom dorosłych dzieci alkoholików), psychoterapia w znanym ośrodku terapii uzależnień nie okazała się zbytnio udana — szczerze mówiąc, terapeutka zaledwie po kilku tygodniach bez żadnych badań psychologicznych uznała mnie za alkoholiczkę i z taką diagnozą wysłała na obóz terapeutyczny dla alkoholików. Prowadząca obóz pani psycholog już po trzech dniach wykryła, że to nieprawda, i skierowała na pogłębione badania, które potwierdziły, iż nie tylko nie jestem alkoholiczką, ale nie mam także żadnych poważniejszych zaburzeń osobowości...

W pracy nad sobą bardzo pomogły mi natomiast „Rozważania rekolekcyjne” ojca Józefa Augustyna, oparte na „Ćwiczeniach duchownych”. Są one dostępne za darmo w Internecie. Na początku przeczytałam je od deski do deski (jeśli można tak powiedzieć o stronach internetowych...), a później zaczęłam jeździć na rekolekcje ignacjańskie. Robię to do tej pory i zawsze wracam „o szczebel wyżej”: czyści się następna rzecz, porządkują się emocje, rozwiązują się kolejne problemy: nieadekwatne poczucie winy, uzależnienie emocjonalne od kogoś, wyparty gniew miotający mną od środka czy irracjonalny lęk przed czymś.

Najlepsze i najbardziej leczące na rekolekcjach ignacjańskich są moim zdaniem dwie rzeczy: całkowite milczenie (z wyjątkiem codziennego, 20-minutowego spotkania z kierownikiem duchowym nie wolno w ogóle rozmawiać), zajmujące kilka godzin dziennie rozmyślanie nad specjalnie dobranymi fragmentami z Pisma świętego oraz adoracja Najświętszego Sakramentu — czyli to samo, co postawiło na nogi świętą Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozumiem, że znoszenie takiego trybu życia przez pięć czy siedem dni może wydawać się przerażające. Z pewnością są osoby, w przypadku których przyniosłoby to więcej szkody niż pożytku. Jednak moje osobiste doświadczenia są bardzo pozytywne i „terapeutyczne”.

Mam też inne sposoby: kilka razy w roku jeżdżę do zaprzyjaźnionego klasztoru mniszek klauzurowych, gdzie przez trzy dni odpoczywam w samotności i ciszy, spotykając ludzi tylko na modlitwach w kościele i przy posiłkach. A na co dzień, kiedy czuję, że grozi mi „urwanie się z wiatraka”, idę do jakiegoś kościoła na pół godziny adoracji Najświętszego Sakramentu. Nie odmawiam ustalonych modlitewnych formułek, tylko wylewam z siebie wszystko, co mnie złości i stresuje. Opowiadam o kłopotach, o których nawet przez chwilę nie mogę przestać myśleć, i wypłakuję krzywdy, które mnie spotkały. Jeśli mam pretensje do Pana Jezusa, to mówię to wprost. Proszę Go o pomoc. Wychodzę uspokojona i z nowymi pomysłami.


Sadzawka Betesda

Tego, co tu piszę, nie należy traktować jako negowania możliwości psychologii i psychoterapii oraz podważania autorytetu specjalistów, którzy się nimi zajmują. Przeciwnie, ich praca jest bardzo potrzebna i pożyteczna. Ale ludziom, którzy przeszli wiele terapii, wydali na nie — jak ewangeliczna kobieta cierpiąca na krwotok — cały swój majątek i usłyszeli, że żaden terapeuta nie jest w stanie im pomóc, bo nic z nich nie będzie, chcę powiedzieć, że jest to bzdura. Bo Bóg stworzył nas jedynie w tym celu, żebyśmy byli szczęśliwi. To jest cel życia każdego z nas. I to Bóg uzdrawia, a nie psychoterapeuta — nawet jeśli ten ostatni służy Mu za pośrednika. Ale sam Bogiem nie jest (choć czasami może tak myśleć, podobnie jak niektórzy księża).

O tym, kto naprawdę uzdrawia, przypomina wybitna pedagog i psychoterapeutka Wiesława Stefan, mająca za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia zawodowego. Byłam niedawno na prowadzonej przez nią sesji pod tytułem „Jak można pojednać się z własną historią życia? Przemoc — przebaczenie — pojednanie”. Pani Stefan rozpoczęła od nawiązania do opowiadania z Ewangelii świętego Jana o uzdrowieniu chorego koło sadzawki Betesda. Co jakiś czas woda w sadzawce się poruszała i wtedy chory, który wszedł do niej jako pierwszy, doznawał uzdrowienia. Ale pewien człowiek leżał tam przez 38 lat. Nie mógł dojść do sadzawki i nie miał nikogo, kto by mu dopomógł. I pani Stefan powiedziała, że swoją pracę z ludźmi pojmuje jako pomoc w dojściu — bo resztę czyni Pan Bóg. To już nie należy do ludzi...

Człowieka znad sadzawki Betesda uzdrowił Pan Jezus. Zrobił to w jednej chwili, przebywając fizycznie w tamtym miejscu. Dzisiaj Pan Jezus nie chodzi po świecie w widzialnej, materialnej postaci, ale jest w nim nadal obecny za pośrednictwem Pisma Świętego i sakramentów. I nadal uzdrawia, choć najczęściej dzieje się to stopniowo, a nie w mgnieniu oka. Może posłużyć się psychoterapią, ale korzysta też z innych sposobów. Mogą to być rekolekcje ignacjańskie, inny człowiek, który nas pokochał i bezwarunkowo zaakceptował, albo cokolwiek innego. Pomysłowość Pana Boga jest nieskończona — i Jego wiara w nas również.



Maj 2008




Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl