s t r o n a   o   n a d z i e i












Moi bliscy




Święty Dominik


Święty Dominik

Święty Dominik jest moim ojcem. Przez wiele lat miał ciepłą posadkę kanonika katedry w Osmie, ale kiedy wysłany z misją dyplomatyczną przejeżdżał przez Prowansję, gdzie katoliccy władcy zwalczali powstanie katarów za pomocą palenia na stosach i wyrzynania w pień, zrozumiał, że trzeba inaczej, że to są ludzie, których do heretyckich i anarchistycznych haseł przyciągnęło poczucie krzywdy i tęsknota za Ewangelią, gdyż stan moralny duchowieństwa był wtedy znacznie niższy, a finansowy wyższy niż obecnie... I że trzeba głosić Ewangelię tak jak apostołowie, wędrując od miasta do miasta i nie mając prawie nic, bo przyjeżdżający raz w czas w bogatym orszaku, zadowolony z siebie ksiądz–urzędnik nigdy nie będzie dla nich wiarygodnym świadkiem Jezusa. Porzucił więc swoją wygodną i bezpieczną posadę i wraz z kilkoma towarzyszami został wędrownym kaznodzieją. To współczucie okazywał przez całe życie. Jeszcze jako student, podczas wielkiego głodu sprzedał wszystkie książki potrzebne mu do nauki (w tamtych czasach książki były bardzo drogie i trudne do zdobycia), żeby kupić chleb dla głodujących. Wielokrotnie go widziano, jak całe noce spędzał na modlitwie o nawrócenie grzeszników, płacząc na głos: „Panie, co będzie z grzesznikami?” (wtedy nie uważano, że płacz jest niemęski). Cechowała go też wielka niezależność od konwenansów i specyficzne poczucie humoru — z grupy nawróconych heretyczek, wśród których były też podobno panie lekkich obyczajów, założył zakon mniszek dominikanek, które miały się modlić o powodzenie jego wysiłków duszpasterskich, i dopiero po dziesięciu latach ich modlitwy odważył się założyć męską gałąź zakonu — braci dominikanów (i bracia do dzisiaj dobrze wiedzą, że bez modlitwy mniszek cała ich praca byłaby niewarta funta kłaków... a niektórzy nawet to przyznają!). A na łożu śmierci wyznał, że przez całe życie nie potrafił przezwyciężyć jednej słabości — zawsze wolał rozmawiać z młodszymi i ładnymi paniami niż starszymi i brzydkimi...




Maria Karłowska


Maria Karłowska

Maria Karłowska była pobożną osobą, która pod koniec XIX wieku ze swoimi równie pobożnymi starszymi siostrami prowadziła w Poznaniu pracownię bieliźniarską. Panie zgodnie z tradycją odwiedzały biednych, spełniając tzw. uczynki miłosierne. Pewnego razu u jednej z takich rodzin, dorabiającej skrycie stręczycielstwem, spotkała młodą dziewczynę, która zaczęła błagać ją o ratunek, gdyż prześladowała ją policja... Jako dobrze wychowana panienka, Maria, mając lat 27, nie wiedziała nic o seksie, prostytucji i policji obyczajowej. Odkryła natomiast z przerażeniem, że Franka nie zna zasad wiary, i poszukała dla niej mieszkania i pracy u zakonnic. Franka zjawiła się z koleżanką, a potem z następnymi, które Maria gorliwie uczyła katechizmu na cmentarzu i klatkach schodowych, znajdowała też im mieszkanie i pracę u różnych ludzi, a w końcu zamieszkała z nimi w wynajętym mieszkaniu i zajęła się ich resocjalizacją. Psuła w ten sposób strasznie opinię swoim siostrom, które prowadziły bardziej stosowną działalność społeczną w rodzaju Stowarzyszenia Robotnic Katolickich itp. Jednak stosując metodę małych kroczków, wykazywała się niezwykłą skutecznością, i mimo mnóstwa trudności jej praca się rozrastała; znaleźli się i współpracownicy, i fundatorka porządnego, dużego zakładu wychowawczego. Żeby zapewnić swemu dziełu trwałość, Maria założyła zgromadzenie sióstr pasterek, otrzymując na to zgodę władz państwowych, co w Prusach Bismarcka było po prostu ewenementem. Siostry nie tylko prowadziły zakłady wychowawcze, lecz również pracowały w szpitalu dla kobiet chorych wenerycznie i rozmawiały z prostytutkami na ulicy ku wzburzeniu porządnych ludzi... I także dzisiaj wykonują wielki kawał solidnej roboty.




Brat Albert

Brat Albert


Święty brat Albert Chmielowski nie wymaga reklamy. Był dobry jak chleb... Od lat wykorzystuję z powodzeniem radę, jaką wysłał kiedyś swojej młodej współpracownicy Bernardynie Jabłońskiej, mającej ciągłe problemy, wątpliwości i depresyjne nastroje (jak widać, nie jest to specjalność tylko dzisiejszych czasów): „Niech Dynka tyle nie myśli, bo i tak nic nie wymyśli”. Na łożu śmierci poprosił o papierosa.












Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl