s t r o n a   o   n a d z i e i












Między nami a wami
zionie ogromna przepaść...




Błażejowi :-)               




Zamieszczony powyżej cytat z Ewangelii św. Łukasza dotyczy oryginalnie zupełnie innych spraw i ma całkiem inny wydźwięk. Używam go jednak tutaj — pół żartem, pół serio — gdyż wydaje mi się, że świetnie komentuje także relacje męsko–damskie. Oczywiście nie jest moim odkryciem, że mężczyźni i kobiety są od siebie zupełnie różni nie tylko fizycznie, lecz także psychicznie. Mówi się o tym od pewnego czasu, na przykład w świetnych książkach „Płeć mózgu” Anne Moir i Davida Jessela czy „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” Johna Graya. A jednak codziennie zaskakuje mnie, jak ogromna jest ta różnica i jak bardzo wpływa na codzienne życie.

Niemożność dogadania się z moimi męskimi przyjaciółmi doprowadza mnie czasami do rozpaczy. Oni po prostu nie rozumieją tego, co do nich mówię. A właściwie jeszcze gorzej: rozumieją co innego i przypisują mi poglądy i intencje, których nie mam. Zapewne w drugą stronę jest podobnie. W każdym razie stale doświadczam, że nawiązanie udanej relacji z płcią przeciwną wymaga nieustannej walki o bycie zrozumianym (być może dlatego tylu ludzi woli byle jak, byle gdzie i byle szybciej wskoczyć ze sobą do łóżka, zamiast podjąć wysiłek poważnej rozmowy). Łatwiej byłoby mi chyba się porozumieć z jakimiś Ujgurkami, Ewenkami czy Pigmejkami w buszu!

Mężczyźni i kobiety są w pewnym sensie zupełnie innymi gatunkami człowieka i nic dziwnego, że mają dużo trudności z porozumiewaniem się. Wynika stąd wiele konfliktów, przykrości, urazów, problemów w relacjach, niepowodzeń osobistych (jak gorzej oceniony egzamin) czy zawodowych (na przykład nieudany projekt w firmie). Myślę, że gdyby ktoś policzył, jakie szkody finansowe wynikają w firmach z codziennych nieporozumień między pracownikami różnych płci, suma byłaby niewiarygodnie wysoka. Nieumiejętność skutecznej komunikacji i nierozumienie sposobu odczuwania i reagowania drugiej osoby mają też bolesne konsekwencje dla rodzin i wszelkich innych bliskich relacji, z rozpadem związku czy przyjaźni włącznie. W Polsce jest najczęstszą, oprócz alkoholizmu, przyczyną rozwodów.

Michel Rondet zauważył, że w ostatnich latach ludzkość doświadcza jednej z największych rewolucji w historii, znacznie ważniejszych od wynalezienia komputera: po raz pierwszy mężczyźni i kobiety przestają ciągle ze sobą, i to na wszystkich polach działalności: razem pracują, uczą się, bawią. Tymczasem do XIX wieku mężczyzna i kobieta mogli się spotkać sam na sam, bez świadków, właściwie tylko w jednym celu: aby spłodzić potomstwo. Kontakty w szerszym gronie także były bardzo ograniczone. To, co dzisiaj wydaje nam się jakąś odrębnością kultury arabskiej, obowiązywało w całej starożytności (także w Grecji i Rzymie), średniowieczu i później: mężczyźni i kobiety pracowali osobno i odpoczywali także osobno. To prawda, że rodziny były wieloosobowe i wielu bliskich krewnych mieszkało razem, ale domy były mniej lub bardziej ściśle podzielone na część damską i męską. Nie licząc wielkich uroczystości rodzinnych, wspólne spotkania były rzadkie i z reguły w jakiś sposób związane z kontekstem seksualnym.

Dzisiejsza sytuacja ma wiele dobrych stron i chyba nikt nie żałuje dawnego wzorca, ale — jak zwraca uwagę Michel Rondet — jest dla nas mocno obciążająca, chociaż większość osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Nasze psychiki nie są po prostu dobrze przystosowane do ciągłego przestawania z płcią przeciwną, gdyż przez tysiące lat nasi przodkowie, których spadkobiercami jesteśmy, nie mieli okazji do konfrontowania się z takim doświadczeniem. Można powiedzieć, że jesteśmy królikami doświadczalnymi nowej epoki...

Opowiadanie Dave’a Barry’ego, które zamieszczam poniżej, jest bardzo zabawne, ale także bardzo prawdziwe. Mam wielu znajomych podobnych do Rogera, a większość kobiet odnajdzie w sobie coś z Elaine. Warto przyjrzeć się mechanizmom nieporozumień, które doprowadziły do porażki ich relacji. Może to pomóc w nawiązaniu kontaktu z dziwnym stworzeniem zwanym mężczyzną... (i odwrotnie).



Wrzesień 2007




Koń

Dave Barry



Powiedzmy, że facetowi imieniem Roger podoba się kobieta... Nazwijmy ją Elaine. Zaprasza ją do kina. Ona się zgadza, spędzają razem miły wieczór.

Kilka dni później proponuje jej obiad w restauracji i znów oboje są zadowoleni. Zaczynają się spotykać regularnie i żadne z nich nie widuje się z nikim innym.

Aż któregoś wieczoru w samochodzie, Elaine zauważa: „A wiesz, że dziś mija dokładnie sześć miesięcy odkąd się spotykamy?”

W samochodzie zapada cisza. Dla Elaine wydaje się ona strasznie głośna. Dziewczyna myśli: „Kurczę, może nie powinnam była tego mówić. Może on nie czuje się dobrze w naszym związku. Może sądzi, że próbuję na nim wymusić jakieś zobowiązania, których on nie chce albo na które nie jest jeszcze gotowy”.

A Roger myśli: „O rany. Sześć miesięcy”.

Elaine myśli: „A tak w sumie to i ja sama nie jestem pewna, czy chcę takiego związku. Czasami chciałabym mieć więcej przestrzeni, więcej czasu, żebym mogła przemyśleć, co chcę dalej zrobić z tym związkiem. Czy ja naprawdę chcę, żebyśmy posuwali się dalej...? W zasadzie... do czego my dążymy? Czy tylko będziemy się nadal spotykać na tym poziomie intymności? Czy może zmierzamy ku małżeństwu? Ku dzieciom? Ku spędzeniu ze sobą całego życia? Czy ja jestem już na to gotowa? Czy ja go właściwie w ogóle znam?”

A Roger myśli: „...czyli... to był... zobaczmy... czerwiec, kiedy zaczęliśmy się umawiać, zaraz po tym, jak odebrałem ten samochód, a to znaczy... spójrzmy na licznik... Cholera, już dawno powinienem zmienić olej!”

A Elaine myśli: „Jest zmartwiony. Widzę to po jego minie. Może to jest zupełnie inaczej? Może on oczekuje czegoś więcej — większej intymności, większego zaangażowania... Może on wyczuł — jeszcze zanim sama to sobie uświadomiłam — moją rezerwę. Tak, to musi być to. To dlatego on tak niechętnie mówi o swoich uczuciach. Boi się odrzucenia”.

A Roger myśli: „I muszą jeszcze raz sprawdzić pasek klinowy. Cokolwiek te barany z warsztatu mówią, on nadal nie działa dobrze. Zwalają winę na mrozy. Jakie mrozy? Jest 8 stopni, a ten silnik pracuje jak stara śmieciara! A ja głupi jeszcze zapłaciłem tym niekompetentnym złodziejom sześć stówek”.

A Elaine myśli: „Jest zły. Nie winię go. Też bym była na jego miejscu zła. No — to moja wina, kazać mu przez to przechodzić, ale nic nie poradzę na to, co czuję. Po prostu nie jestem pewna..”.

A Roger myśli: „Pewnie powiedzą, że gwarancja tego nie obejmuje. To właśnie powiedzą, chamy”.

A Elaine myśli: „Może jestem po prostu idealistką, czekającą na rycerza na białym koniu, kiedy siedzę obok wspaniałego mężczyzny, z którym lubię być, na którym naprawdę mi zależy, któremu chyba także zależy na mnie. Mężczyzny, który cierpi z powodu mojej egoistycznej, dziecinnej, romantycznej fantazji”.

A Roger myśli: „Gwarancja! Ja im dam gwarancję! Powiem, żeby ją sobie wsadzili w dupę. Ja chcę mieć sprawny wóz”

– Roger — odzywa się Elaine.

– Co? — pyta Roger, wyrwany niespodziewanie z zamyślenia.

– Nie dręcz się już tak — kontynuuje Elaine, a jej oczy zaczynają napełniać się łzami. — Może nigdy nie powinnam... Czuję się tak... (załamuje się i zaczyna szlochać)

– Co? — dopytuje się Roger.

– Jestem taka głupia... Wiem, że nie ma rycerza. Naprawdę wiem. To głupie. Nie ma rycerza i nie ma konia.

– Nie ma konia?

– Myślisz, ze jestem głupia, prawda? — pyta Elaine.

– Nie! — odpowiada Roger, szczęśliwy, że wreszcie zna prawidłową (chyba) odpowiedź.

– Ja tylko... Ja tylko po prostu... Potrzebuję trochę czasu...

(Następuje 15–sekundowa cisza, podczas której Roger, myśląc najszybciej, jak potrafi, próbuje znaleźć bezpieczną odpowiedź. W końcu trafia na jedną, która wydaje mu się niezła).

– Tak — mówi.

Elaine, głęboko wzruszona, dotyka jego dłoni.

– Och, Roger, naprawdę tak czujesz? — pyta.

– Jak? — odpowiada pytaniem Roger.

– No, o tym czasie... — wyjaśnia Elaine.

– Nnnoo... Tak.

(Elaine odwraca się ku niemu i patrzy mu głęboko w oczy, sprawiając, że Roger zaczyna się czuć bardzo nieswojo i obawiać, co też ona może teraz powiedzieć, zwłaszcza, jeśli to dotyczy konia. W końcu Elaine przemawia).

– Dziękuję ci, Roger.

– To ja dziękuję — odpowiada mężczyzna.

Potem odwozi ją do domu, gdzie rozdarta, umęczona dusza chlipie w poduszkę aż do świtu, podczas gdy Roger wraca do siebie, otwiera paczkę chipsów, włącza telewizor i natychmiast pochłania go powtórka meczu tenisowego między dwoma Czechami, o których nigdy wcześniej nie słyszał.

Cichy głosik w jego głowie podpowiada mu, że w samochodzie wydarzyło się dziś coś ważnego, ale Roger jest pewny, że nigdy nie zrozumie co, więc stwierdza, że lepiej wcale o tym nie myśleć (tę samą taktykę stosuje w stosunku do głodu na świecie).

Następnego dnia Elaine zadzwoni do swej najbliższej przyjaciółki, może do dwóch i przez sześć godzin będą omawiać tę sytuację. Drobiazgowo zanalizują wszystko, co ona powiedziała i wszystko, co on powiedział, po raz pierwszy, drugi i n–ty, interpretując każde słowo, każdą minę i każdy gest, szukając niuansów znaczeń, rozważając każdą możliwość.

Będą o tym dyskutować przez tygodnie, może przez miesiące, nie osiągając żadnej konkluzji, ale także wcale się tym nie nudząc.

W tym samym czasie Roger, pijąc piwo ze wspólnym przyjacielem jego i Elaine, zastanowi się i zapyta: – Norman, nie wiesz, czy Elaine miała kiedyś konia?








Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl