s t r o n a   o   n a d z i e i












O nadziei




Bardzo trudno jest pisać o nadziei. To takie pojemne słowo, może oznaczać wszystko i nic. W potocznym znaczeniu mówimy, że mamy nadzieję, że po południu nie będzie padać, bo wybieramy się na spacer, albo że koleżanka kupi bilety do kina. Słowo to jest więc trochę wyświechtane, a często używane kłamliwie, kiedy sami przed sobą lub przed innymi nie chcemy przyznać, że życie nasze lub naszych bliskich się kończy. „Zawsze jest nadzieja, nie można tracić nadziei” — mówimy lekko i nieszczerze, doskonale wiedząc, że to puste słowo. Z drugiej strony, kiedy ten fakt wreszcie dociera do naszej świadomości i trzeba w końcu postawić pytanie „Czy jest jeszcze jakaś nadzieja?”, to wtedy słowo to wydaje się ważyć tonę.

Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, że każdy nasz dzień jest wypełniony nadzieją. Nasze życie od dzieciństwa po starość polega na osiąganiu kolejnych celów; kiedy zrealizujemy jedne, pojawiają się następne. Ile człowiek ma potrzeb do zaspokojenia, tyle celów: od pożywienia, ubrania i mieszkania, przez miłość i dobre relacje z bliskimi osobami, uzyskanie upragnionego wykształcenia i pracy, po uznanie otoczenia, realizację zainteresowań i czas na odpoczynek. Cele te często spełniają się dopiero po latach, a droga do nich jest najeżona trudnościami. Bywa i tak, że mimo wielkich wysiłków nasze oczekiwania się nie spełniają, a cel, do którego dążyliśmy przez całe lata, nie zostaje osiągnięty. Wydaje się nam wtedy, że znajdujemy się w tunelu bez wyjścia, ale nadzieja jest tym motorem, który daje nam siłę do dalszej wędrówki przez życie mimo wszelkich trudności, kłopotów, porażek i klęsk.

Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia, że póki życia, póty nadziei. Innymi słowy, nadzieja jest niezbędna do życia, bez niej zamienia się ono w rozpaczliwą, szarą, jałową wegetację. A choć święty Paweł mówi, że nadzieja zawieść nie może, to jednak utrata nadziei jest niestety możliwa i spotkałam już osoby, które ją naprawdę straciły. Faktycznie sprawiają wrażenie martwych; poruszają się, spełniają swoje obowiązki, ale ich twarze i spojrzenie są martwe; nic ich nie interesuje ani nie zachwyca, zamykają się w samotności, wpatrzone w siebie i w swoje nieszczęście. Nie widzą sensu życia i latami czekają na śmierć.

Niestety w dzisiejszych czasach takich osób jest coraz więcej i bardzo trudno jest je wyrwać z tego stanu. Są jak ludzie siedzący w zamkniętym pokoju ze szczelnie zasłoniętymi oknami, którzy nie chcą uwierzyć, że na zewnątrz jest słońce, trawa i wiatr. Wystarczy tylko nacisnąć klamkę, żeby otworzyć drzwi, ale im bardziej się ich namawia, tym uparciej powtarzają „nie”.

Dla chrześcijan, a także innych ludzi wierzących w Boga, słowo nadzieja ma jeszcze jedno znaczenie: oznacza ufne oczekiwanie na wieczną szczęśliwość, polegającą na zjednoczeniu z Bogiem. Przekładając to na ludzki język, chodzi po prostu o to, że nasze życie nie kończy się wraz ze śmiercią, że niezależnie od tego, ile nieszczęść i niesprawiedliwości mogło nas spotkać, ile krzywd i błędów sami popełniliśmy, jak bardzo nam jest źle i smutno, w jakim wieku i w jaki sposób umieramy, to nasze życie ma sens, niezależnie od tego, jakie było — bo po drugiej stronie czeka na nas Ktoś, kto jest bezkresną Miłością, Dobrem i Pięknem, i On utuli nas w swoich objęciach i da nam pełne szczęście. I nawet jeśli zawiodły nas wszystkie inne nadzieje, którymi karmiliśmy się do tej pory, to ta jedna nadzieja nie zawiedzie; w nią można uwierzyć „wbrew nadziei”.

Są tacy, którzy mówią, że ta nadzieja chrześcijan to iluzja — mechanizm psychologiczny pozwalający uciec od bolesnej konfrontacji z przypadkowością i bezcelowością ludzkiego istnienia. Nie dziwi mnie to — wrogów nadziei, jak każdego dobra, jest dużo. Chcą zabić nadzieję, ale nie dają nic w zamian; proponują tak naprawdę tylko rozpacz i nihilizm. Dlatego nadziei trzeba bronić, bo tylko ona daje nadzieję.



Styczeń 2007





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl