s t r o n a   o   n a d z i e i












Strażnicy moralności




Zapewne znamy tę historię. Pewien młody człowiek zażądał od ojca pieniędzy, które miały w przyszłości przypaść mu w spadku, i wyjechał za granicę rozpocząć nowe życie. Duża suma zawróciła mu w głowie. Prowadził rozrzutny tryb życia i wkrótce okazało się, że nie ma z czego żyć. Udało mu się zdobyć pracę, ale była ona bardzo nisko płatna i upokarzająca, dlatego zdecydował się wrócić do domu i przeprosić ojca. Ojciec bardzo się ucieszył z jego powrotu i wydał uroczysty obiad. A wtedy jego drugi syn, prowadzący wraz z ojcem rodzinny interes, strasznie się rozzłościł. Dla niego ojciec nie zorganizował żadnej imprezy. Oskarżył więc brata: „Roztrwonił twój majątek z prostytutkami”.

W rzeczywistości młodszy brat zmarnował pieniądze dlatego, że nie potrafił nimi dobrze gospodarować. Były to zresztą jego własne pieniądze, bo ojciec mu je dał. Ale starszy brat twórczo zinterpretował przebieg wydarzeń. Według niego młodszy brat przepuścił majątek ojca na prostytutki.

Podobne sytuacje zdarzają się często. Kiedyś na przykład słuchałam dobrego kazania. Jedna myśl była dla mnie szczególnie istotna. Chciałam ją zanotować, a ponieważ nie miałam niczego do pisania, wyjęłam telefon komórkowy i zapisałam uwagę kaznodziei jako notatkę. Siedząca obok starsza pani najpierw zaczęła sapać i podskakiwać jak pokrywka na garnku z wrzątkiem, następnie głośno komentować zachowanie dzisiejszej młodzieży, która w kościele rozmawia przez telefon (używałam tylko klawiatury, a młodzieżą nie jestem od wielu lat), a potem boleśnie szturchać mnie łokciem w bok. Na koniec odwróciła się do mnie plecami, kiedy wyciągnęłam do niej rękę na znak pokoju.

Istnieją ludzie, którzy na ochotnika mianują siebie strażnikami moralności (oczywiście cudzej). Ich działania wydają się wynikać z najczystszych, altruistycznych intencji, takich jak troska o dobro wspólne, Wartości przez duże „W”, moralność czy sprawiedliwość, i trudno jest się przed nimi bronić. Są pełni zapału i czujności rewolucyjnej, a zarzuty przynajmniej na pierwszy rzut oka często wydają się słuszne. Bywają też sformułowane bardzo ogólnie lub jedynie zasugerowane. „No wiadomo, że nikt go nie złapał za rękę... ale przecież wszyscy wiemy, że nie da się dorobić takich pieniędzy uczciwie”. I — jak mówi rosyjskie przysłowie — udowodnij teraz, że nie jesteś wielbłądem.

Mnie także zdarza się wskakiwać w rolę strażnika moralności. Kiedyś byłam w Tatrach i zamierzałam wejść na Giewont. Był 1 czerwca. W pewnym momencie drogę zagrodził szlaban, do którego przyklejona była kartka z informacją, że szlak jest zamknięty do 31 czerwca. Nie lubię łamać przepisów, więc zaczęłam się zastanawiać, co teraz robić w zamian. Tymczasem przyszli inni turyści, przeczytali kartkę, ominęli szlaban i poszli dalej. Momentalnie we mnie zawrzało. Powstrzymałam się jednak od interwencji, życząc im tylko w myśli napotkania strażnika parkowego. Po chwili uświadomiłam sobie, że czerwiec ma tylko 30 dni. „Ale głupi ci parkowcy”, pomyślałam. Coś mnie jednak tknęło. Przeczytałam kartkę ponownie... i nagle okazało się, że:

Szlak na Giewont jest zamknięty od 30.XI do 31.V!


Ukryte życie cienia

Dlaczego podejrzenia i oskarżenia przychodzą nam tak łatwo? Czemu tak nas kusi, by przypisywać innym złe intencje, rozpowiadać o ich niewłaściwym postępowaniu, koloryzować relacje dodatkowymi szczegółami, które wprost same się podsuwają?

Oczywiste jest, że reagujemy w ten sposób zwłaszcza wobec osób, które nas irytują, do których czujemy niechęć. Kiedy ktoś taki zrobi coś wątpliwego — od razu wzbiera w nas oburzenie. Gdy to samo zrobi ktoś przez nas lubiany i ceniony, dużo łatwiej jest okazać wyrozumiałość, znaleźć okoliczności łagodzące, przyznać, że nie wiemy wszystkiego, że czyjaś relacja albo nasz odbiór wydarzeń mogą być mylne. Wpływ na ocenę wydarzeń mają nasze uczucia do sprawcy. Nie jest to jednak jedyny czynnik. Zdarza się, że naszą gwałtowną, wręcz nieadekwatną reakcję wywołuje wydarzenie całkiem błahe i osoby zupełnie obojętne. Przyczyny leżą w nas samych.

Psycholodzy ze szkoły Carla Gustava Junga tłumaczą to zjawisko przenoszeniem na inne osoby nieakceptowanych, stłumionych i wypartych do nieświadomości cech osobowości — czyli swojego „cienia”.

Jean Monbourquette, kanadyjski psychoterapeuta, który jest też księdzem katolickim, tłumaczy, że dzieci bardzo wcześnie zaczynają dostrzegać, iż pewne ich cechy i zachowania nie są dobrze widziane przez rodziców. Aby nie stracić ich akceptacji, rezygnują z nich. Rosnąc, coraz lepiej grają kogoś innego, niż są naprawdę, bo boją się utraty miłości, akceptacji otoczenia, dobrej opinii. W ten sposób ludzie uczą się zachowywać tak, jak inni od nich oczekują, i zaczynają też tak o sobie myśleć. Powstaje to, co Carl Gustav Jung nazwał „personą” — idealny obraz siebie. Przyjmują role „grzecznej córeczki”, „doskonałej żony”, „świetnego kumpla”, „faceta, na którego zawsze można liczyć” i tak dalej. To, co nie pasuje do tego obrazu, tłumią. Ale te cechy, pragnienia, uczucia nie rozpływają się w próżni. Zostają schowane w nieświadomości, jak szkielet w szafie ze znanej angielskiej komedii, i jak ten szkielet nie chcą w niej siedzieć spokojnie, lecz dają o sobie znać: niepokojem wewnętrznym, depresją czy właśnie agresją wobec innych. Pragnąc się bowiem uwolnić od naszego niewygodnego cienia — tego złego Mr. Hyde’a, który wciąż grozi przejęciem kontroli nad naszym pięknym i usilnie wypracowanym Dr. Jekyllem — podświadomie znajdujemy sobie kozła ofiarnego i przenosimy na niego to wszystko, czego istnienia nie chcemy uznać w nas samych. Czyli wyolbrzymiamy te ich cechy, których sami najbardziej się wstydzimy.

Takie „cienie” i „kozły ofiarne” mają pojedynczy ludzie, ale też rodziny, grupy społeczne i narody. Ich istnienie odgrywa dużą rolę w powstawaniu stereotypów społecznych i zbiorowych nienawiści, kończących się czasem tak tragicznie jak holokaust narodu żydowskiego.

Paradoksalnie, ludzie, do których czujemy instynktowną antypatię, w których wszystko nas irytuje, są dla nas bardzo cenni. Możemy bowiem przejrzeć się w nich jak w lustrze i dostrzec, co jest naszym „cieniem”. A to umożliwi nam zintegrowanie jasnych i ciemnych stron naszej osobowości i osiągnięcie wewnętrznej harmonii. Osoby te dają nam też szansę doskonalenia się pod względem moralnym. Z reguły bowiem u innych ludzi najbardziej złoszczą nas nasze własne wady — te, których u siebie nie dostrzegamy.


Kipiący garnek gniewu

Inną przyczyną nieadekwatnej złości wobec ludzi jest nie wyrażony jawnie gniew, który czujemy do siebie samych. Simone Pacot, zajmująca się od wielu lat zagadnieniem uzdrowienia wewnętrznego, zwraca uwagę, że „często złość, jaką odczuwamy wobec osoby, która wyrządziła nam krzywdę, jest w gruncie rzeczy złością na samych siebie: jak to się stało, że tak długo byliśmy ślepi?” Przekonałam się, że jest tak faktycznie, zwłaszcza w wypadku osób, które kochamy. Miłość zawsze powoduje idealizację obiektu uczuć i dopóki dominuje, nie możemy prawidłowo zinterpretować postępowania tych osób względem nas. To by nas po prostu za bardzo bolało. Włączają się więc mechanizmy obronne i nie możemy pojąć, dlaczego on/ona się tak zachowuje, albo wręcz zaprzeczamy, że nas krzywdzi.

(C) Bernard Piechal
      (C) Bernard Piechal

Kiedy w końcu prawda do nas dociera, następuje etap ogromnej agresji. Każda wzmianka o tej osobie wywołuje furię. Nie jesteśmy w stanie się powstrzymać przed kąśliwymi komentarzami, oczernianiem za plecami i tak dalej. Obrywają też niewinni — tylko dlatego, że są podobni zewnętrznie, mają ten sam zawód, użyli podobnego sformułowania. Wystarczy cokolwiek, co kojarzy nam się z tamtą osobą. Następuje przeniesienie naszego gniewu.

Czasami się zastanawiamy, dlaczego właściwie ten człowiek tak nas wścieka, zwłaszcza jeśli podjęliśmy decyzję o przebaczeniu mu. Dlaczego czepiamy się każdego jego zachowania, przypisujemy mu najgorsze intencje, nawet jeśli w tym akurat momencie nie robi nic złego? O tym właśnie mówi Simone Pacot — to, co przypisujemy w gniewie tej osobie (że jest głupia, obłudna i tak dalej), w rzeczywistości dotyczy nas samych. Tak naprawdę wściekamy się na siebie: jak mogliśmy tak długo nie dostrzegać, że ten człowiek tak nagannie się wobec nas zachowywał? A przede wszystkim jak mogliśmy pozwalać, by nas tak poniżał, ranił, deptał naszą godność? Jak mogliśmy nie trzasnąć go w pysk, dlaczego wcześniej nie odeszliśmy, nie zerwaliśmy relacji?

Zjawisko to jest najlepiej widoczne u ofiar przemocy w rodzinie, ale w pewnej mierze dotyczy każdego. W ciągu życia doznajemy wielu krzywd, urazów, przykrości. Jeśli wypieramy je, czyli negujemy, bagatelizujemy, wypychamy z pamięci, to jątrzą się jak zakażone rany. Nie wystarczy bowiem wybaczyć sprawcy krzywdy; trzeba jeszcze wybaczyć sobie, że się na tę krzywdę pozwoliło. Rzadko się zdarza, byśmy w żaden sposób nie przyczynili się do powstania czy też powiększenia naszej krzywdy — choćby postępując tak, jak opisałam powyżej. I nie chodzi wcale o to, żeby przypisywać sobie winę moralną za dokonane zło, bo wina może w całości należeć do sprawcy. Jednak dopiero kiedy przyznamy się sami przed sobą, że my też mieliśmy jakiś udział w tym zdarzeniu, i wybaczymy to sobie, uwolnimy się od dręczącego nas, podświadomego poczucia winy. I dopiero wtedy uwolnimy się w pełni od sprawcy krzywdy i od swojego gniewu wobec niego.

Osoby, które zachowują się jak jadowite żmije: krytykują wszystkich i każdego, bezustannie przypisują złe intencje i nie potrafią nawet normalnie mówić, bo każda ich wypowiedź jest nasączona pretensjami i złością, to nierzadko ludzie, którzy nie pojednali się z własną historią życia. Wrze w nich nie wyrażony gniew, zmagazynowany przez całe lata. I bardzo chętnie przyjmują rolę strażników cudzej moralności.


Oskarżyciel został strącony

Można poczytać

Więcej na temat integracji osobowości oraz przebaczaniu sobie i innym:

Jean Monbourquette, Oswoić swój cień. Jak zaakceptować ciemne strony własnej osobowości, Poznań 2002
Jean Monbourquette, Od poczucia własnej wartości do poczucia jaźni, Poznań 2004
Jean Monbourquette, Jak przebaczać? Droga poprzez dwanaście etapów przebaczenia, Kraków 2001
Simone Pacot, Droga wewnętrznego uzdrowienia, Poznań 2002
Anselm Grün, Nie bądźmy dla siebie bezwzględni, Wrocław 1998

W Piśmie Świętym widać wyraźnie, że Pan Jezus kładł w swym nauczaniu ogromny nacisk na to, by nie oskarżać innych (jako Syn Boży był niewątpliwie świetnym psychologiem). Sam powiedział o sobie, że „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”. Ten, kto widzi drzazgę w cudzym oku, a nie dostrzega belki we własnym, zostaje nazwany obłudnikiem, a chętni do oskarżania bliźnich słyszą: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (to sformułowanie pochodzi z Ewangelii Mateusza; u Łukasza, piewcy Bożego miłosierdzia, jest jeszcze ładniej: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone”).

Ciekawy moment można dostrzec w znanym opisie uniewinnienia przez Pana Jezusa jawnogrzesznicy przyłapanej na gorącym uczynku. Otóż, kiedy faryzeusze oskarżają ją i dyskutują z Panem Jezusem, On w ogóle ani na nią, ani na nich nie patrzy. Podnosi wzrok dopiero wtedy, gdy wszyscy się rozchodzą. Nie chce brać udziału w rzucaniu oskarżeń. Nie chce patrzyć na kobietę wzrokiem sędziego. Spogląda jej w twarz, gdy mówi: „Nikt cię nie potępił? I Ja ciebie nie potępiam”.

Pismo Święte „oskarżycielem” nazywa diabła, za to Ducha Świętego określa greckim słowem Parakletos, które oznacza obrońcę, adwokata, rzecznika. Święty Jan pisze, że „jeśliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca — Jezusa Chrystusa sprawiedliwego”, a święty Paweł pyta: „Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia?” Sprawiedliwość Boża polega na usprawiedliwianiu, a nie na potępianiu...



Październik 2009





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl