s t r o n a   o   n a d z i e i












Jak walczyć z Bogiem




Czy przyszłoby ci do głowy, że możesz walczyć z Bogiem? Że możesz się z Nim nie zgadzać i powiedzieć, co o Nim myślisz, żeby nie powiedzieć „nawrzucać”, jeśli nie podoba ci się to, co On robi z twoim życiem? Albo że warto się z Nim targować, bo może uda się coś uzyskać? Zapewne nie. A już na pewno nie pomyślałbyś, że być może Bóg sam sobie życzy, żeby Mu się sprzeciwiać... Mamy przecież zakodowane, że Bóg jest wszechmogący i wszechwiedzący, więc może zrobić z nami to, co chce, niezależnie od tego, czy nam się to podoba czy nie. Nie mówiąc już o tym, że przecież sprzeciwianie się woli Bożej to po prostu grzech! Pana Boga nie słuchają zatwardziali grzesznicy, faryzeusze, niewdzięczny syn marnotrawny... No i (jeśli się nie nawrócą i nie staną się potulni) oczywiście kończą jak najgorzej, i bardzo im tak dobrze, bo przecież sami sobie na to zasłużyli swoim nieposłuszeństwem! Można znaleźć sporo cytatów biblijnych na poparcie takiego poglądu, a pobożne książki wręcz od nich się roją...

Oczywiście w Biblii występuje wiele postaci tonących we łzach, z popiołem na głowie i w podartych szatach błagających Boga, żeby się nad nimi zlitował, lamentujących i poszczących w intencji przebłagania grzechów lub spełnienia próśb. Można powiedzieć, że to ci, którzy usiłują Pana Boga wziąć na litość: Sara i Tobiasz z Księgi Tobiasza, król Jozjasz, Estera czy Nehemiasz. Są także sprawni i ochoczy funkcjonariusze Pana Boga, tacy jak Ezdrasz, Ezechiel czy prorok Aggeusz, i pogodzone z losem milczące postaci, które przez całe lata jak wyrzut sumienia pokornie czekają, aż Bóg się nad nimi zlituje (lub nie) — Anna, matka Samuela, czy Zachariasz i Elżbieta, rodzice Jana Chrzciciela. Nie będziemy tu się nimi zajmować; są zbyt politycznie poprawni i tak jednoznacznie pozytywni, że mogą wręcz wywoływać lekki niesmak, a w każdym razie dystans. Ale Biblia jest też pełna osób spierających się z Bogiem. Warto poświęcić im uwagę, ponieważ odsłaniają zupełnie nieoczekiwaną prawdę: z Bogiem można się kłócić.


Słusznie gniewam się śmiertelnie

Moją ulubioną postacią biblijną jest prorok Jonasz. Bóg zlecił mu misję nawrócenia i ocalenia przed swoim gniewem mieszkańców Niniwy, stolicy wielkiego i okrutnego imperium asyryjskiego, które podbiło, przesiedliło lub wymordowało wiele narodów, w tym większość plemion izraelskich. Jonasz nie chciał, żeby Niniwici uniknęli kary za swoje zbrodnie, więc natychmiast wybrał się do Tarszisz, leżącego w dzisiejszej Hiszpanii, czyli w dokładnie przeciwnym kierunku. Ale nie z Bogiem te numery — jak wiadomo, przyszła straszna burza i pobożni, acz pogańscy żeglarze, kiedy dowiedzieli się o całej sprawie, byli zmuszeni wrzucić Jonasza do morza, gdyż jego nieposłuszeństwo sprowadziło śmiertelne zagrożenie na cały okręt. Bóg uratował Jonasza, przysyłając wielką rybę, która go połknęła i wypluła z powrotem na ląd, po czym ponownie zlecił mu misję nawrócenia Niniwitów.

Po tej nauczce Jonasz udał się do Niniwy i wołał przez jeden dzień, że za 40 dni Niniwa zostanie zburzona. Oto, jak można nie ruszyć praktycznie palcem, a jednocześnie odfajkować, że się zrobiło... Ku jego rozczarowaniu to wystarczyło — Niniwici się nawrócili i poszcząc, w worach pokutnych i popiele błagali Boga o przebaczenie. Tego było już za dużo — Jonasz się wściekł i obraził. Usiadł na pustkowiu za miastem i postanowił czekać na śmierć, robiąc Bogu wyrzuty, które są tak urocze, że warto je przytoczyć: „Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą”.

Bóg sprawił, że nad Jonaszem wyrósł krzak rycynusu, który osłonił go od słońca. Jonasz był zachwycony, ale wkrótce krzak usechł, więc znowu zaczął narzekać: „Lepiej dla mnie umrzeć aniżeli żyć”. Bóg zapytał go grzecznie: „Czy słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu?”. Jonasz nie miał wątpliwości: „Słusznie gniewam się śmiertelnie”. Księga kończy się wypowiedzią Boga, który spokojnie tłumaczy Jonaszowi, że jeśli tak mu żal jednego krzewu, to niech się nie dziwi, że Bóg zlitował się nad miastem, w którym żyje 120 tysięcy ludzi i mnóstwo zwierząt.


Poślij kogoś innego

Proroków, którzy odmawiali spełnienia swojej misji, było więcej. Mojżesza do podjęcia jego misji Bóg musiał namawiać przez dwa pełne rozdziały Księgi Wyjścia. Mojżesz wymyślił niezliczoną ilość powodów, dla których misja na pewno się nie uda; Bóg powiedział mu więc o cudach, jakich dokona w Jego imieniu, dzięki czemu Izraelici i Egipcjanie go usłuchają, a dwa od razu uczynił jako dowód. Na to Mojżesz odrzekł, że nie może podjąć się zleconej misji, bo nie ma umiejętności przemawiania. Bóg zapewnił, że da mu tę umiejętność, a wtedy Mojżesz, nie mając już żadnego pretekstu, oznajmił wprost: „Wybacz, Panie, ale poślij kogo innego”. Wtedy Bóg wreszcie się zezłościł i przypomniał, że Mojżesz ma brata Aarona, który może przemawiać w jego imieniu. Podziałało, ale tylko na pewien czas — podczas wędrówki na pustyni Mojżesz ciągle skarżył się Bogu na trudność swojej misji wśród Izraelitów, a jednego razu powiedział szczerze, co o Nim myśli: „Czemu tak źle się obchodzisz ze sługą swoim, czemu nie darzysz mnie życzliwością i złożyłeś na mnie cały ciężar tego ludu? Czy to ja począłem ten lud w łonie albo ja go zrodziłem? Skoro tak ze mną postępujesz, to raczej mnie zabij” (jak wiadomo, to Bóg stworzył lud Izraela, więc według Mojżesza najwyraźniej sam powinien teraz wypić nawarzone piwo).

Rys. Tomasz Rojek OP
    Rys. Tomasz Rojek OP

Także wielki prorok Jeremiasz, kiedy usłyszał Boże powołanie, natychmiast znalazł powód, żeby odmówić: „Ach, Panie Boże, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem!”. W pewnym momencie miał tak dosyć swojej niewdzięcznej misji, że postanowił ją przerwać. Nie znalazł jednak spokoju, więc ją kontynuował. Podobny kryzys przeżywał Eliasz, któremu groziła śmierć z rąk królowej Izebel, mszczącej się za pozabijanie popieranych przez nią proroków fenickiego boga Baala. Eliasz uciekł na pustynię, po czym bardzo logicznie położył się pod krzakiem janowca, żeby umrzeć. Jak widać, jest to częsty motyw. Bóg przysłał anioła, który przyniósł mu jedzenie i picie. Eliasz zjadł i położył się ponownie. Anioł zjawił się więc znowu, nakarmił go i polecił wyruszyć w drogę. Eliasz spotkał się z Bogiem na górze Horeb i poskarżył, że za jego gorliwość o chwałę Bożą chcą go zabić. Bóg dał mu do wykonania nowe zadanie w innym kraju.


Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz

Najbardziej znaną postacią biblijną walczącą z Bogiem jest patriarcha Jakub. Niegdyś oszukał i skrzywdził swego brata Ezawa; teraz po latach miał się z nim zobaczyć i bał się jego zemsty. W nocy przed spotkaniem przebywał samotnie nad potokiem Jabbok i tam walczył z tajemniczą istotą reprezentującą Boga. Walka trwała całą noc, aż w końcu anioł ten, nie mogąc go pokonać, wywichnął mu biodro i poprosił o puszczenie go. Wtedy Jakub odpowiedział: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz”. Jak wiadomo, anioł zmienił mu imię na Izrael (Bóg walczy), motywując to: „bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś”, a następnie pobłogosławił.

Swego rodzaju walkę z Bogiem podjął też pierwszy patriarcha Abraham, zwany ojcem wszystkich wierzących. Bóg ujawnił przed nim swój zamiar zniszczenia Sodomy. Abraham nie chciał dopuścić, żeby karę za grzechy niektórych mieszkańców ponieśli wszyscy, więc zaczął błagać: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają? O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu!” Bóg się zgodził, ale Abraham pomyślał, że może lepiej nie ryzykować, i zaczął jeszcze usilniej błagać: „Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem. Gdyby wśród tych pięćdziesięciu sprawiedliwych zabrakło pięciu, czy z braku tych pięciu zniszczysz całe miasto?”. Widać nie miał dobrej opinii o sodomczykach, bo następnie zmniejszył liczbę do czterdziestu i tak dalej, targując się jak prawdziwy Semita i kończąc na dziesięciu. Niestety, jak wiadomo, nawet dziesięciu sprawiedliwych w Sodomie zabrakło.

Bóg postanowił jednak ocalić bratanka Abrahama, Lota, posłał więc do niego aniołów, którzy wyprowadzili go wraz z rodziną z miasta i polecili: „Uchodź, abyś ocalił swe życie. Nie oglądaj się za siebie i nie zatrzymuj się nigdzie w tej okolicy, ale szukaj schronienia w górach, bo inaczej zginiesz!”. Lot był jednak godnym kuzynem swojego stryja, więc zaprotestował: „Nie, panie mój! Jeśli darzysz twego sługę życzliwością, uczyń większą łaskę niż ta, którą mi wyświadczyłeś, ratując mi życie. Oto jest tu w pobliżu miasto, do którego mógłbym uciec. A choć jest ono małe, w nim znajdę schronienie. Czyż nie jest ono małe? Ja zaś będę mógł ocalić życie”. Bóg się zgodził i poczekał ze zniszczeniem Sodomy, aż Lot się schronił w wybranym przez siebie mieście.


Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie! — mówi Pan

Spieranie się czy też targowanie z Bogiem nie jest więc wcale rzadkie. Co więcej, można powiedzieć, że Bóg sam do tego zachęca, na przykład w Księdze Izajasza „Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie” czy w Apokalipsie: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”. Tymczasem nam zapewne wydaje się to zdecydowanie niewłaściwe.

Wynika to z tego, że wiele osób — niekoniecznie świadomie — odbiera Boga jako czyhającego na każde nasze potknięcie surowego zwierzchnika, którego się boimy i przed którym staramy się wypaść jak najlepiej. Zjawisko to ma podłoże psychologiczne — jak zbadano, obraz Boga, jaki w sobie nosimy, kształtuje się na wzór relacji z ojcem, ewentualnie innym mężczyzną, który był dla nas autorytetem w dzieciństwie. Jeśli osoba ta była dominująca, surowa czy zaborcza, to podobne zachowania będziemy podświadomie przypisywali Bogu, nawet jeśli wiemy, że jest miłosierny i kochający.

Poza tym niemal każdemu z nas wpajano w dzieciństwie, że nie wolno okazywać gniewu i sprzeciwiać się autorytetom (zwłaszcza jeśli chcą dla nas dobrze!), a często także karano za to. Robili tak rodzice, nauczyciele, katecheci. Wskutek tego znakomita większość ludzi jest zablokowana, nie potrafi okazywać gniewu ani odważnie występować w obronie swoich interesów, lecz przekształca gniew w strach lub nieświadomie kieruje go przeciwko samemu sobie. Stąd biorą się nerwice i lęki, zaniżone poczucie wartości, ciągła irytacja i przygnębienie, niektóre choroby fizyczne, a także intrygowanie, obmawianie za plecami, narzekanie, podejrzliwość, przypisywanie złych intencji itd., bo nie stać nas na to, żeby powiedzieć wprost, co myślimy!

A tymczasem święty Paweł trzy razy prosił Pana, żeby od niego odszedł, a święta Teresa z Avila, wielka mistyczka, doktor Kościoła i reformatorka zakonu karmelitańskiego, gdy nagromadziły się jej liczne problemy, przygadała złośliwie: „Nie dziwię się, Panie Boże, że masz tak mało przyjaciół, skoro tak ich traktujesz”. Warto uczyć się od nich odwagi...



Listopad 2006





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl