s t r o n a   o   n a d z i e i












Mąż pilnie poszukiwany




Usłyszałam ostatnio następującą opinię o pewnej mojej znajomej: „Nic dziwnego, że X czuje się nieszczęśliwa. Ma prawie 40 lat i wciąż nie ma męża ani stałego faceta”. Fakt, także sama X mówiła mi parę razy, że przegrała życie. Jest już za stara, żeby znaleźć wartościowego faceta, i teraz nic dobrego jej nie czeka, tylko samotna i beznadziejna egzystencja aż do śmierci.

Ja jednak poczułam się, jakbym znalazła się nagle w XIX wieku. Społeczeństwo nie akceptowało wtedy, aby kobieta sama mieszkała i podróżowała, pracowała zawodowo, była po prostu samodzielnym podmiotem społecznym. Kobieta była dodatkiem do mężczyzny — męża, a jeśli go nie było, to ojca lub brata. W języku angielskim zachowała się nawet formuła: „Pan i pani Robert Brown”. Los kobiety, której „nie udało się wyjść za mąż”, był więc rzeczywiście godny litości. Z reguły żyła do śmierci na łasce krewnych, często żartujących z niej za plecami i wysługujących się nią jak bezpłatną służącą.

Tymczasem mamy wiek XXI i kobiety są całkowicie niezależne od mężczyzn, same mieszkają i podróżują, studiują i robią kariery, a nawet, jak narzekają niektórzy, zaczynają wygrywać na wielu polach wyścig z mężczyznami. Pani X, o której mowa, skończyła dobre studia, ma świetne CV, dorobiła się pięknego mieszkania i samochodu, uprawia z powodzeniem kilka sportów i udziela się społecznie. Ubiera się z klasą i wygląda na znacznie młodszą, niż podaje metryka. Ma też wielu przyjaciół wśród mężczyzn. A jednak uważa, że poniosła w życiu klęskę, bo ma już prawie czterdziestkę i nie zdobyła stałego partnera. Co więcej — zdanie to podzielają także inne osoby.

I w tym momencie przypomniała mi się Wanda Herse, której życiorys był pod wieloma względami podobny do życiorysu pani X.


Dwie Wandy

Wanda Herse pochodziła z rodziny znanych warszawskich przemysłowców. Skończyła studia handlowe; projektowała kostiumy teatralne i prowadziła renomowany dom mody, założony przez jej kuzyna. W czasie I wojny światowej zorganizowała pociąg sanitarny i kierowała nim, była też dyrektorem zarządzającym towarzystwa „Urania”, założycielką i prezesem Warszawskiego Towarzystwa Wioślarek, prezesem Warszawskiego Stowarzyszenia Spożywców, współzałożycielką i pierwszą przewodniczącą Sekcji Miłośników Gór Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego... Należała również do pierwszego pokolenia polskich taterniczek, a jej największym osiągnięciem było pierwsze kobiece wejście na Mnicha (tego nad Morskim Okiem) w 1902 roku.

Inną, najwybitniejszą chyba taterniczką tego okresu była Wanda Jerominówna. Wspinała się z najlepszymi — Mariuszem Zaruskim, Romanem Kordysem, Mieczysławem Świerzem, Januszem Chmielowskim, braćmi Schiele, Gyulą Komarnickim. Miała sporo pierwszych wejść, a jeden ze zdobytych przez nią tatrzańskich szczytów — Igła w Żabiem — nosi do dzisiaj od jej imienia nazwę Wandaturm w języku niemieckim i Wanda–torony po węgiersku. Była pierwszą Polką na Żabim Koniu i drugą (po Wandzie Herse) kobietą na Mnichu. Była też utalentowaną pianistką, uczennicą m.in. Mieczysława Karłowicza.

Wanda Herse
Wanda Herse

Oczywiście ani Herse, ani Jerominówna nigdy nie wyszły za mąż. W ich czasach kobieta miała do wyboru — albo wyjść za mąż i pełnić rolę żony i matki, albo pracować zawodowo, robić karierę, uprawiać wraz z mężczyznami turystykę i sporty...

Wanda Jerominówna była moją stryjeczną prababką. Jej brat, a mój pradziadek, był właścicielem garbarni na warszawskim Grochowie. Wkrótce po urodzeniu się babci porzucił prababkę dla innej kobiety — na domiar złego, pracownicy własnej fabryki, a w 1918 roku, kiedy babcia miała 5 lat, umarł na hiszpankę. Babcia niestety powtórzyła los prababki — mój dziadek opuścił ją, kiedy mama miała roczek, z tą różnicą, że zabrał ze sobą także mamę. Zarówno babcia, jak i prababka pięknie malowały, ale niestety nie miały możliwości rozwijać swojego talentu.

Czy moja prababka, która „dobrze” wyszła za mąż, była szczęśliwsza od swojej niezamężnej szwagierki? Nie miałam okazji żadnej z nich o to zapytać, ale osobiście jestem przekonana, że nie. Z tego, co wiem, przez całe życie miała bolesne poczucie krzywdy, poniżenia i opuszczenia, podobnie jak moja babcia.

Wydaje się, że podobna historia rodzinna powinna wyleczyć następne pokolenia z emocjonalnego przymusu posiadania męża. A jednak nie. Moja mama — wykształcona kobieta pracująca na wyższej uczelni, a jednocześnie kolejna w naszej rodzinie osoba nieszczęśliwa w życiu małżeńskim, z dwoma rozwodami w życiorysie — od dzieciństwa całą swoją postawą wpajała mi przekonanie, że nie ma gorszego losu niż zostać starą panną. Kobieta, „której nie chciał żaden mężczyzna”, jest po prostu niepełnowartościowym towarem, pogardzanym przez społeczeństwo. Mama nie mówiła tego nigdy wprost, ale bez wątpienia w głębi serca tak właśnie czuła; ujawniało się to w jej wypowiedziach na różne tematy, ambicjach, działaniach i wygłaszanych „mądrościach życiowych”. W efekcie zupełnie mnie nasączyła tym przekonaniem i dopiero niedawno udało mi się od niego uwolnić.


Zdobyć męża

Czy brzmi to jak bajka o żelaznym wilku? Znam mnóstwo osób uważających, że kobieta jest w dzisiejszych czasach zupełnie niezależna i sama sobie ze wszystkim najlepiej poradzi, a mężczyźni są niezbędni jedynie do zreperowania kranu i spłodzenia dziecka. Samochody naprawia się obecnie bez problemu w warsztacie, wynaleziono też sprytne urządzenie do odkręcania słoików. Owszem, fajnie jest poflirtować, pójść na kawę i do łóżka, ale brać sobie chłopa na głowę, żeby prać jego gacie i skarpetki, żeby wyżerał jedzenie z lodówki i zostawiał zalaną podłogę w łazience? Broń, Panie Boże!

A jednak wbrew pozorom poglądy mojej mamy są bardzo rozpowszechnione — to znaczy wśród kobiet, bo co myślą na ten temat mężczyźni, nie wiem. Oczywiście, rzadko mówi się o tym wprost, ale przekonanie, że kobieta nie może być szczęśliwa bez mężczyzny, ma wpojone — na poziomie podświadomości i uczuć, a nie rozumu — ogromna większość kobiet. (Nawiasem mówiąc, zawsze mnie zdumiewa, że ten stereotyp działa tylko w jedną stronę — nie znam nikogo, kto by twierdził, że jeśli mężczyzna się nie ożenił, to znaczy, że jest jakiś felerny, niepełnowartościowy, i będzie do końca życia nieszczęśliwy).

Wanda Jerominówna
Moja stryjeczna prababka, Wanda Jerominówna

Znajoma, o której wspomniałam na początku, jest tylko jedną z wielu ofiar tego przekonania. Mam też sporo koleżanek, które są naukowcami. Piszą doktoraty, wykładają na uczelniach, są w tym naprawdę dobre i robią to, co je pasjonuje. Rodziny cały czas im sączą, że już najwyższy czas znaleźć męża, bo inaczej zostaną starymi pannami, że wszystkie inne dzieci już się pożeniły i że sąsiedzi pytają, kiedy będzie ślub, a rodzina nie potrafi już wymyślić żadnych nowych wykrętów i się wstydzi. Niedawno jedna z nich usłyszała radę dobrej mamusi, żeby przynajmniej sprawiła sobie nieślubne dziecko, to nie będzie taka samotna...

Wielokrotnie mi się też zdarzało, że jeśli w damskim towarzystwie zdradziłam, że jestem mężatką, wywoływało to natychmiast błaganie o instruktaż, jak upolować faceta. Niby były to żarty, ale widziałam, że w rzeczywistości dziewczynom wcale nie jest do śmiechu.

Paradoksalnie, emancypacja społeczna kobiet obróciła się przeciwko nim samym. Kiedyś było oczywiste, że kobieta, która chciała zostać nauczycielką czy działaczką społeczną, nie wychodziła za mąż, podobnie jak obecnie jest jasne, że księża się nie żenią, i nie mówi się o nich, że są starymi kawalerami. Nie nazywano więc tych kobiet pogardliwie starymi pannami, lecz opowiadano z szacunkiem o ich poświęceniu dla innych i ważnej roli społecznej. Dzisiaj nie ma zawodów, których nie wypada wykonywać mężatkom. Niczym więc już nie można wytłumaczyć braku męża czy stałego partnera...

Sytuację pogarsza (w tym kontekście) fakt, że nasze społeczeństwo staje się na powrót coraz bardziej prorodzinne. Bardzo wiele reklam, chociażby żywności i środków czystości, opiera się na modelu szczęśliwej, „tradycyjnej” rodziny: kobieta gotuje, pierze i sprząta dla swojego ukochanego męża i dzieci. Życie rodzinne energicznie propaguje Kościół, który już zupełnie odrzucił dawne przekonanie o wyższości powołania kapłańskiego i zakonnego nad małżeńskim. Fabuły wielu filmów i książek przedstawiają szczęśliwe historie kobiet, którym udało się zdobyć własnego mężczyznę (żeby wymienić tylko „Bezsenność w Seattle” i „Dziennik Bridget Jones”), a gazety publikują artykuły o ciężkiej doli wykształconych i ustawionych życiowo singli. Nie da się otworzyć telewizora ani przejść ulicą, aby nie natknąć się na komunikat, że to małżeństwo daje kobiecie szczęście i poczucie wartości...


1/2 × 2 = 0

To mi przypomniało historię jeszcze jednej znanej kobiety. Emily Wesley urodziła się w końcu XVII wieku jako najstarsza córka wiejskiego wikarego. Ojciec przebywał miesiącami poza domem, robiąc dziwne interesy, które kończyły się kolejnymi długami. Dzieciństwo Emily upłynęło na walce z biedą i ciężkiej pracy, gdyż musiała pomagać matce przy pracach domowych i wychowywaniu kilkanaściorga dzieci. Nie była jednak zwykłą „kurą domową” — wraz z braćmi uczyła się łaciny, greki i teologii, co w tamtych czasach było czymś wyjątkowym (jej dwaj bracia, John i Charles, są znani jako założyciele Kościoła metodystycznego).

Mimo wielu trudności Emily Wesley zdołała założyć znakomitą szkołę dla dziewcząt i po latach ciężkiej pracy zdobyła wystarczający majątek, aby zabezpieczyć sobie starość. I wtedy pojawił się Robert Harper. Miał dobrą pracę i pieniądze. Emily myślała, że zapewni jej bezpieczeństwo i spokój, i będzie mogła wreszcie odpocząć. Niestety, Harper miał podobny plan — zrezygnować z pracy i żyć na koszt dobrze sytuowanej żony. Kiedy urodziło się dziecko (które zresztą wkrótce zmarło), porzucił Emily, zabierając jej wszystkie oszczędności i pozostawiając długi.

Nie oznacza to oczywiście, że każde małżeństwo musi kończyć się podobną katastrofą; Emily Wesley oraz moja babcia i prababka należą, statystycznie rzecz biorąc, do mniejszości. Ale jednak ich losy, oraz postaci Wandy Herse i Wandy Jerominówny, pokazują, iż „dogmat”, że kobieta koniecznie potrzebuje do szczęścia męża (czy stałego partnera), jest fałszywy. Losy ludzkie układają się różnie.

Oczywiście, człowiek jest istotą społeczną i nie jest przeznaczony do życia w samotności. Każdy chce kochać i być kochanym, a znakomita większość ludzi zawiera małżeństwo i ma dzieci. Ale nie znaczy to, że osoba żyjąca w pojedynkę jest od nich pod jakimkolwiek względem gorsza albo że w odróżnieniu od nich jest skazana na smutek i nieszczęście.

Nic nie daje gwarancji szczęścia ani nieszczęścia; w każdym położeniu życiowym można wypracować postawę optymizmu i akceptacji własnego losu lub, odwrotnie, pielęgnować w sobie niezadowolenie, bunt wewnętrzny i poczucie krzywdy. Żaden drugi człowiek nie będzie potrafił zapewnić nam szczęścia, jeśli najpierw sami nie zaakceptujemy siebie i swojego życia; jeśli zwiążemy się z drugą osobą dlatego, że odczuwamy wewnętrzną pustkę i samotność, to spowoduje to tylko narośnięcie kolejnych problemów, a nie rozwiązanie dotychczasowych. W tym rachunku dwie połówki nie dają całości.

I na pewno nie warto zatruwać sobie humoru XIX–wiecznymi stereotypami, „mądrościami życiowymi” i „dobrymi radami” rodziny i znajomych.



Kwiecień 2007






Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl