s t r o n a   o   n a d z i e i












Epilepsja emocjonalna




Pewien mężczyzna opisał chorobę swojego syna następująco: „Jest epileptykiem i bardzo cierpi; bo często wpada w ogień, a często w wodę... gdziekolwiek go chwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje”. Łatwo sobie wyobrazić, co musiał przeżywać ten chłopiec i jego rodzina. Poparzenia, stłuczenia i rany, wynikające z upadków na ziemię i uderzania się o różne przedmioty. Koszty leczenia urazów. Ciągły strach przed kolejnym atakiem. Poczucie bezsilności i braku wpływu na przebieg wydarzeń. Wstyd przed ludźmi i wyobcowanie, ponieważ choroba uniemożliwia właściwie jakiekolwiek stabilne relacje.

Znam ludzi, których stan emocjonalny przypomina cytowany opis. Ich reakcji nigdy nie można przewidzieć. Ktoś z entuzjazmem rzuca mi się na szyję, kiedy mnie widzi, a przy kolejnym spotkaniu mija mnie ostentacyjnie, odwracając głowę w drugą stronę — i tak na zmianę. Inny widocznie „klei się” do mnie, czeka na każdy objaw zainteresowania z mojej strony, a jednocześnie nie pomija żadnej okazji, żeby powiedzieć mi coś raniącego i złośliwego. Kolejna osoba zasypuje mnie przez kilka dni stosami sms–ów, a następnie tygodniami się nie odzywa i nie odpisuje — do następnego razu. Przyjaciel, z którym mam dobrą i głęboką relację (to znaczy tak się wydaje), nagle wybucha, że czuje się mną zniewolony i jest szczęśliwy, bo wreszcie znalazł odwagę, aby się ode mnie uwolnić, oraz oznajmia, że całkowicie kończy relację, bo mnie nie potrzebuje — tylko po to, żeby po kilku tygodniach snuć się za mną w smutku, skakać ze szczęścia, kiedy zamieniam z nim parę słów... a potem znowu zniknąć.


Bezradność i ból

Zachowanie tych ludzi bardzo mnie rani — tym bardziej, im bardziej mi na nich zależy. Każdy człowiek potrzebuje stabilnych i przewidywalnych relacji z innymi osobami, bo tylko one zapewniają poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. Potrzebujemy kochać i być kochani. Potrzebujemy też akceptacji i uznania innych ludzi. Jeśli ważne dla nas osoby wciąż zmieniają sposób, w jaki się do nas odnoszą, jednym razem okazując nam miłość i czułość, a innym brutalnie nas odrzucając — to nie tylko nasze serce jest boleśnie zranione, ale też tracimy poczucie bezpieczeństwa, a poczucie własnej wartości zaczyna się kruszyć.

Są tacy, którzy wzruszą ramionami i powiedzą, że to z tymi osobami jest coś nie tak, a my jesteśmy OK — ale większość będzie szukać winy w sobie. Coś musiałem zrobić źle, skoro ta osoba mnie odrzuciła. Może ją czymś uraziłem? Może nie okazywałem wystarczająco, że mi na niej zależy? Może niewłaściwie się zachowałem, tylko kiedy? Może nie jestem wystarczająco dobry? Może za brzydki? Nieatrakcyjny? Za mało wykształcony? Gdybym był kimś innym niż jestem, to nie zostałbym odrzucony...

A kiedy już pogodzimy się z utratą tej osoby, wszystko zaczyna się od nowa.

„Emocjonalni epileptycy” również cierpią. Potrzebują bliskości innych ludzi, ich akceptacji i serdeczności, ale nie potrafią tworzyć stabilnych i zdrowych relacji. Nie znaczy to, że żyją w zupełnym odosobnieniu — oczywiście mają kontakty z ludźmi — ale zdążyli do siebie zrazić większość osób, które im zaufały i odważyły się przed nimi otworzyć, i teraz są przez nie traktowani z rezerwą. Odczuwają więc często osamotnienie, żal i rozczarowanie. Z reguły widzą, że coś jest z nimi nie tak, że to nie przypadek, że kolejne relacje im się rozsypują — ale nie są w stanie opanować swoich zmiennych emocji. Są równie bezradni, jak opisywany na początku chłopiec.

         

Serce nie sługa...

Jakie są powody „epilepsji emocjonalnej”? Jak się od niej uwolnić? Jak pomóc dotkniętej nią osobie, a jednocześnie ochronić siebie przed jej niszczącym wpływem?

Na początku trzeba zauważyć, że w niektórych sytuacjach gwałtowne huśtawki emocjonalne są normalne. Jest tak przed wszystkim w okresie dojrzewania, kiedy nastolatkowie doznają szybkich przemian hormonalnych oraz uczą się tworzenia relacji z płcią odmienną i życia w świecie dorosłych. Kolejna sytuacja to zakochanie się — stan przypominający pod względem biochemicznym upojenie narkotyczne. Inny wypadek to kryzysy osobowościowe, które przytrafiają się ludziom w wieku dojrzałym: bolesne okresy, w których zburzone zostają dotychczasowe wartości, osiągnięcia, sposób życia, relacje, a następnie buduje się je od nowa, ale na wyższym, dojrzalszym poziomie. Jest to wydarzenie trudne, ale niezbędne dla rozwoju osobowego.

Jeśli zachowanie „emocjonalnego epileptyka” wynika z jednej z tych przyczyn, to co prawda jest bolesne dla otoczenia i wymaga od niego dużej cierpliwości, ale ma charakter przejściowy i minie samo bez poważniejszych następstw.

U niektórych osób nagłe i niespodziewane zmiany emocjonalne występują jednak przez całe lata. Wydaje się, że ich powodem jest często nieumiejętność obchodzenia się ze swoimi uczuciami. Kiedy ktoś nie akceptuje jakiegoś swojego uczucia, bo się go wstydzi albo uważa je za niemoralne (może to być na przykład gniew, miłość, zazdrość), to z reguły usiłuje je zwalczyć, zdusić, zapomnieć o nim. Każdy psycholog powie, że to niemożliwe — niechciane uczucia trzeba zaakceptować i stopniowo przepracowywać, przekształcać, wychowywać. Ale większość osób o tym nie wie. Wydaje im się, że wystarczy mieć silną wolę i bardzo się starać. Ale w efekcie niechciane uczucie zostanie tylko wbite do podświadomości i pewnego dnia wybuchnie w niekontrolowany sposób. A jeśli nawet wola będzie tak silna, że zapobiegnie wybuchowi, to uczucie pojawi się w nowej formie. Uczucia mają bowiem zdolność przekształcania się i przenoszenia na inne osoby.


Lepiej mówić niż milczeć

Dajmy na to, że pan X nie akceptuje faktu, że zakochał się w pani Y, i usiłuje się na siłę odkochać. Nie udaje mu się to, więc jest na siebie wściekły. Wskutek mechanizmu obronnego projekcji, mającego na celu zmniejszenie dyskomfortu emocjonalnego, złość zostaje przeniesiona na panią Y, która staje się „winna” temu, że pan X się w niej zakochał i nie może odkochać. Teraz pan X oprócz miłości czuje też narastającą agresję; w efekcie szuka kontaktu z panią Y, ale nie potrafi się powstrzymać przed ciągłą krytyką i złośliwościami.

Inny przykład: pan Z nie akceptuje jakichś zachowań pewnej osoby, lecz zamiast otwarcie opowiedzieć o swoich zastrzeżeniach, w imię źle pojętej zgody czy poczucia obowiązku albo po prostu ze zwykłego strachu przed trudną rozmową milczy, przykleja uśmiech i udaje, że wszystko jest w porządku. Druga osoba nie wie, że jej zachowania ranią pana Z albo naruszają jego granice, że czuje się on coraz bardziej zniewolony tą relacją i narasta w nim nienawiść. Aż następuje wybuch. Potem pan Z się wstydzi i usiłuje znowu zachowywać się przykładnie... — do następnego razu. Wahadło wychyla się coraz mocniej.

Podobne efekty wystąpią, jeśli ktoś będzie usiłował na siłę sobie narzucić jakieś sprzeczne z prawdziwymi pragnieniami bądź uczuciami uczucie lub zachowanie, gdyż uważa je za pozytywne, właściwe moralnie czy akceptowane społecznie.

Co robić w takich wypadkach? Taktyka przeczekania, proponowana wcześniej, tym razem spowoduje tylko narastanie problemu. Lepszą metodą są cierpliwe próby szczerego porozmawiania o nim. Większość ludzi unika mówienia o uczuciach i prowadzenia trudnych rozmów. Jeśli jednak spróbujemy rzeczowo opisać, jak odbieramy zachowanie takiej osoby i jakie wywołuje ono w nas uczucia, oraz zaproponujemy wspólne szukanie sposobów uzdrowienia relacji, to istnieje duże prawdopodobieństwo stopniowej zmiany na lepsze. Ważne jest jednak, aby założyć dobrą wolę drugiej strony, formułować myśli w formie „komunikatów ja” (ja to widzę tak..., czuję to i to...), a nie „komunikatów ty” (ty zrobiłeś to i to..., ty mnie ranisz...), oraz unikać wszelkiej napastliwości i obwiniania.


Gdy rozmowa nie pomaga

Jeśli jednak „emocjonalna epilepsja” ma głębsze podłoże niż opisywane wcześniej, próby otwartej rozmowy wywołają raczej eskalację konfliktu.

Najczęstszą z tych przyczyn jest uzależnienie od alkoholu lub narkotyków. Substancje te powodują zwiększenie natężenia przeżywanych emocji i ich zmienność oraz wzrost agresji (więcej informacji znajduje się w tekście „Blaski i cienie”). Efekt ten jest tak typowy, że może wręcz posłużyć za sygnał ostrzegawczy świadczący o tym, że ktoś ma problem z alkoholem lub narkotykami. Inną przyczyną rozchwiania emocji, reakcji i zachowań może być choroba psychiczna, jak zespół maniakalno–depresyjny, lub różne zaburzenia osobowości. We wszystkich tych wypadkach skutecznej pomocy mogą udzielić jedynie specjaliści: psycholog, psychiatra, terapeuta uzależnień.

Co robić w takiej sytuacji? Przekonanie takich osób do leczenia jest bardzo trudne, gdyż wytwarzają one cały zespół mechanizmów obronnych, służących do ukrywania przed sobą i otoczeniem swojej choroby lub uzależnienia. Co więcej, potrafią świetnie manipulować bliskimi ludźmi i wykorzystywać ich do swoich celów. Zjawisko to nosi nazwę współuzależnienia. Dlatego, żeby im pomóc, trzeba najpierw pomóc sobie: zdobywać wiedzę (istnieje wiele poradników napisanych dostępnym językiem, niektóre z nich są przedstawione w dziale Recenzje), nawiązać kontakt ze stowarzyszeniem osób dotkniętych tym samym problemem, zastanowić się nad skorzystaniem z terapii, która pozwoli poprawić obraz samego siebie i nauczy właściwych metod postępowania z osobą problemową (terapię uzależnień i współuzależnień finansuje NFZ).

Nie ma tu miejsca na szczegółowe omawianie tego zagadnienia, ale trzeba wspomnieć o podstawowej zasadzie: osoby uzależnione lub cierpiące na zaburzenia psychiczne i psychoemocjonalne wymagają tak zwanej trudnej miłości. Podejmą terapię tylko w przypadku, gdy doświadczą uciążliwości swojej choroby na własnej skórze. Jeśli będziemy im pomagać w unikaniu konsekwencji (tłumaczyć nieobecności w pracy, zwalniać z obowiązków domowych itp.) oraz uczestniczyć w ukrywaniu problemu, nigdy się tego nie doczekamy. A druga zasada: najpierw musimy chronić siebie. W skrajnych wypadkach zagrożenia przemocą psychiczną lub fizyczną może się nawet okazać, że konieczne jest całkowite zerwanie relacji.


Uzdrowienie jest możliwe

Ale jest jeszcze jeden środek, po który może sięgnąć „emocjonalny epileptyk” i jego otoczenie. I jest to sposób, który można stosować zawsze — nawet w wypadku, gdy osobiste kontakty są niemożliwe. Trzeba prosić o uzdrowienie Jezusa Chrystusa. Chociaż niewiele osób w to wierzy, nie ma lepszego adresu, pod który można się udać, szukając wyjścia ze zniewoleń i problemów emocjonalnych. Oczywiście nauki psychologiczne rozwinęły wiele skutecznych metod terapeutycznych i trzeba z nich korzystać, ale żadna z nich nie uwolni zupełnie człowieka od wszystkich zranień i zniewoleń, ukrytych głęboko na samym dnie jego „ja”. To może tylko Jezus, i dlatego zwrócił się do Niego ojciec opisywanego na początku chorego chłopca. Znam osoby, które po wieloletnich próbach wydostania siebie czy innych ze zniewoleń i uzależnień uzyskały całkowite uzdrowienie, kiedy już straciły na to nadzieję — bo nie mając innego wyjścia, uwierzyły, że Jezus może to zrobić. Sama również tego doświadczyłam.

Pan Jezus mówi, że w takim przypadku trzeba zastosować modlitwę i post (czyli różne wyrzeczenia). Modlitwa i wyrzeczenie, ofiarowywane w czyjejś intencji, przemienią i tę osobę, i nasz stosunek do niej. Uzdrowienie i pojednanie wymaga czasu, ale jest możliwe.



Listopad 2007





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl