s t r o n a   o   n a d z i e i












Jak wygonić toksyczny wstyd




Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy, bo to właśnie my,
Bez nas byłoby nam smutno i w ogóle wstyd.
Bo dopóki jesteś sobą, lepiej ci niż bez,
Ważną jesteś wszak osobą, gdyś w ogóle jest.
M. Wojtyszko, Trzynaste piórko Eufemii



Każdy, kto miał do czynienia z osobami uzależnionymi od alkoholu, wie, że odczuwają one z reguły silną barierę przed przyznawaniem się do błędów, a do podtrzymywania mniemania o swojej nieomylności angażują wszelkie dostępne mechanizmy obronne. By ukryć swoje błędy, alkoholicy wymagają za to bezbłędności od swojego otoczenia, zwłaszcza najbliższej rodziny. Jednym z mechanizmów służących polepszaniu własnego obrazu alkoholika jest zatem nieustanne krytykowanie. Cokolwiek małżonek czy dziecko alkoholika zrobi, jest niewystarczająco dobre, zawsze jest coś, co można by poprawić. Niezależnie od tego, jak bardzo się ta osoba starała, słyszy, że mogła się postarać bardziej.

Trudno się dziwić, że ludzie, którzy wychowywali się w podobnych warunkach, nie potrafią wytworzyć właściwego, pozytywnego obrazu samego siebie; że czują się niewiele warci i winni za wszelkie nieszczęścia i niepowodzenia. Nie umieją o siebie zadbać, ochronić swoich granic, walczyć w życiu o swoje — czy też raczej nie widzą do tego powodu. Nierzadko słyszeli przecież od własnych rodziców „lepiej, żebyś się nie urodził”, „to przez ciebie tatuś pije” czy wręcz „szkoda, że cię nie wyskrobałam”. Czasami przez całe życie noszą w sobie przekonanie — lepiej lub gorzej ukrywane — że lepiej, żeby ich nie było. U niektórych z nich powstają na tym tle tendencje samobójcze.


Zinternalizowany wstyd

Fizyczna lub emocjonalna nieobecność rodziców (zarówno pijącego, jak i współuzależnionego), odrzucenie emocjonalne, liczne komunikaty negatywne i mało lub zupełny brak komunikatów pozytywnych, niepewność wynikająca z ciągłych zmian emocjonalnych rodziców i niedotrzymywania przez nich obietnic, skupianie się całej rodziny na alkoholiku, obwinianie się dziecka za alkoholizm rodzica, wstyd wobec otoczenia, skażony alkoholizmem rodzica obraz własnej rodziny, obecna zawsze w domu alkoholowym, choć w różnych formach, przemoc (jeśli nawet nie fizyczna czy seksualna, to psychiczna): oto typowe cechy rodzin alkoholowych.

Dzieci nie potrafią oddzielić tych zjawisk od swojego „ja” i zaczynają je internalizować w postaci uczuć upokorzenia i wstydu. Określenie „internalizacja” oznacza identyfikację z tymi uczuciami, przejęcie ich do własnego „ja”, utożsamienie się z nimi. W efekcie dzieci zaczynają czuć się nic niewarte. Wstyd staje się częścią postrzegania samego siebie i towarzyszy im przez całe dorosłe życie. John Bradshaw opisał szczegółowo ten proces w książce „Toksyczny wstyd”.

Zinternalizowany wstyd jest tak silny, że negatywnego obrazu siebie często nie mogą zmienić nawet największe sukcesy osiągane w życiu dorosłym. Taka osoba jest nieświadoma obecnego w niej wstydu, który ma wpływ na jej uczucia, potrzeby i myśli, i staje się motorem jej postępowania. Potrzebuje ciągłego potwierdzania własnej wartości i bezustannego okazywania przez otoczenie aprobaty, akceptacji i uznania.

Zaniżone poczucie własnej wartości może także prowadzić u dorosłych dzieci alkoholików do kompulsywnego udowadniania tak sobie samemu, jak i otoczeniu, że mają wartość i „prawo do życia”. Pojawia się przymus bycia przydatnym. Nieważne, czy inni życzą sobie ich usłużnej pomocy, prezentów, wyręczania, przejmowania obowiązków — muszą to akceptować i jeszcze dziękować. Ludzie cierpiący na przymus bycia przydatnym mogą się stać dla swego otoczenia prawdziwą zmorą...

Jak pisze Tommy Hellsten w książce „Wsparcie dla dorosłych dzieci alkoholików. Hipopotam w pokoju stołowym”, „człowiek nie pamięta już, co znaczy po prostu być, istnieć. Doszło do jakiegoś absurdalnego nieporozumienia, z którego wywiodło się przekonanie, iż sam w sobie człowiek nie stanowi żadnej wartości, a określa ją dopiero poziom jego osiągnięć”.

Żeby odzyskać zdrowy stosunek do samego siebie, trzeba poczuć, że godność człowieka płynie po prostu z jego istnienia, oraz zrozumieć, na czym polega prawdziwa pokora i zdrowy wstyd. Dla kogoś, kto przez całe życie słyszał, że jest do niczego, i pozwalał, aby chory, toksyczny wstyd rozrastał się w nim jak nowotwór, jest to zadanie bardzo trudne. Musi on odkryć swoje rzeczywiste miejsce na ziemi, unikając popadnięcia w grożące z obu stron skrajności: przeceniania swojej ważności i negowania znaczenia swego istnienia. Musi też stopniowo nauczyć się realnie oceniać swoje zalety i wady, swoją siłę i słabość, i pokochać siebie razem z całym tym bagażem. Tę daleką wędrówkę może ułatwić święty Tomasz z Akwinu.


Dobrze, że jesteś

Wszystko co jest, jest dobre — taka była podstawowa zasada całej klasycznej filozofii. Zapomniano o tym dopiero w ostatnich 200–300 latach, dlatego ludzie mają teraz tyle problemów ze sobą. Jednak wcześniej pamiętano, że istnienie jest związane z dobrem; zło nie istnieje w sensie pozytywnym, jest brakiem, wadą, „dziurą w całym”. Może być pewną cechą danej rzeczy, sytuacji, człowieka, ale nie jest jej czy jego istotą. Być może te sformułowania są hermetyczne, ale są przecież zgodne z nieświadomą, naturalną postawą każdego zdrowego, nie poranionego człowieka, który w naturalny sposób afirmuje świat i to, co się w nim znajduje, odczuwa podstawowy sens życia i istnienia, chociaż zdaje sobie sprawę z obecności zła i cierpienia.

A zatem także każdy człowiek jest dobry, godny afirmacji, po prostu dlatego, że jest. Święty Tomasz dodaje do tego, że człowiek ma wielką, wyróżniającą go spośród innych stworzeń godność, która płynie stąd, że został stworzony przez Boga na Jego obraz. Cechą, która upodabnia człowieka do Boga, jest jego rozumność. Jest on jedynym stworzeniem w materialnym wszechświecie, które posiada rozumność i wolność, jego pozycja jest więc wyjątkowa. Jako obraz Boży odzwierciedla doskonałość i piękno Boga, i żadne słabości, złe postępowanie, niedoskonałości czy wady nie są w stanie tego zniweczyć.

Wynika z tego, że każdy człowiek jest godny podziwu i miłości — jest bowiem dobry jako byt i jako obraz Boży, a miłość stanowi upodobanie, jakie powstaje w nas na widok kogoś lub czegoś, co uznajemy za dobre. Każdy zatem powinien doceniać swoją wartość i godność, a także kochać samego siebie.

Dobrze pojęta miłość własna nie jest niczym nagannym, lecz jest hołdem należnym człowieczeństwu. Jak zauważa Krzysztof Wojcieszek, autor książki „Człowiek spotyka alkohol”, „choć pachnie to egoizmem, bez właściwej miłości samego siebie nie ma w pełni udanego ludzkiego życia. Człowiek jest osobą, a zatem ma pewien aspekt nieskończoności. On może pojąć cały wszechświat, ale cały wszechświat nie jest w stanie pojąć człowieka. Zatem jako osoba odznacza się pewną unikatową, potężną godnością i atrakcyjnością. Jesteśmy po prostu dla samych siebie godnym przedmiotem miłości, we wszystkich aspektach naszej natury, również cielesnych”.


Poznaj samego siebie

Z wielkiej godności człowieka wynikają dla niego obowiązki: dbanie o swoje życie i zdrowie oraz wystrzeganie się tego, co może im zaszkodzić (utrzymanie swego istnienia, czyli instynkt samozachowawczy, jest podstawowym dążeniem każdej istoty, wynikającym z prawa naturalnego), dbanie o swój rozwój, o istotne cechy człowieczeństwa — takie jak pielęgnowanie kontroli rozumu nad uczuciami i pragnieniami wspólnymi ludziom oraz zwierzętom, a także unikanie zachowań sprzecznych z naturą człowieka, czyli takich, które by go z powrotem do zwierząt upodobniły.

Ważną rolę odgrywają tutaj pokora i wstyd, ale rozumiane we właściwy sposób. Dla Tomasza pokora nie polega na tym, żeby uważać się za najgorszego z ludzi, ale na zrozumieniu, że zawdzięczamy Bogu wszystko, czym jesteśmy, także całe dobro, które w nas jest. Takie ujęcie pokory wymaga znajomości samego siebie i swoich granic. Pokora polega też na trafnej ocenie swojej wartości i uwzględnianiu jej w stosunkach z innymi ludźmi — człowiek pokorny potrafi rozpoznać, że ktoś inny nad nim w czymś góruje, i uznać jego wyższość, ale nie powinien się wcale uważać za gorszego od tego, kto mu w czymś nie dorównuje. Umie zatem uszanować dary Boże zarówno w sobie, jak i w innych. Co więcej, udawaną skromność, polegającą na tym, że ktoś niezgodnie z prawdą twierdzi, że ma pewne wady (o których wie, że ich nie ma), albo zaprzecza posiadaniu zalet (o których wie, że je ma), święty Tomasz uważa po prostu za grzech.

Z kolei zdrowy wstyd stanowi rodzaj bojaźni przed zrobieniem czegoś brzydkiego i hańbiącego, co mogłoby ośmieszyć człowieka w oczach innych ludzi i samego siebie. Ojciec Jacek Woroniecki, żyjący w pierwszej połowie XX wieku wielki znawca nauczania świętego Tomasza i wychowawca wielu pokoleń polskich katolików, trafnie zauważał, że wstyd jest najsilniejszy w tych wypadkach, gdy chodzi o ochronę władz umysłowych człowieka przed opanowaniem ich przez władze zmysłowe: „jest to jakby samorzutna ochrona godności ludzkiej przed obniżeniem jej do poziomu zwierząt”.

A zatem zadaniem zarówno pokory, jak i wstydu jest ochrona człowieka i jego godności oraz pomoc w kształtowaniu zdrowych relacji z innymi ludźmi. Tylko tyle i aż tyle.



Więcej na podobny temat można przeczytać w tekście pt. „Mniej niż zero?”.



Styczeń 2011




Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl