s t r o n a   o   n a d z i e i












Dwie opowieści
o kryzysach życiowych





Każde prawdziwe wzrastanie, czy to intelektualne, czy duchowe,
rodzi się z zagubienia, z utraty kierunku, z poczucia bezsilności,
z dotknięcia własnego zła lub choroby.
Tommy Hellsten




W ostatnich czasach słowo „kryzys”, wcześniej raczej mało znane, zrobiło zawrotną karierę. Najpierw był Wielki Kryzys gospodarczy lat 20. i 30. W Polsce mieliśmy jego własną odmianę w latach 80. O kryzysie średniego wieku przypominał film „Czterdziestolatek”. Po 1989 roku, kiedy zaczęły się szybkie zmiany społeczne, słowo zaczęło być używane we wszystkich możliwych znaczeniach. W Zatoce Perskiej wybuchają kryzysy zbrojne, Kościół trąbi o kryzysie duchowym i moralnym, przeżywamy ciągły kryzys gospodarczy (chociaż większość ludzi jak na złość się bogaci), mamy też chroniczny kryzys służby zdrowia, szkolnictwa, kultury i czytelnictwa, a ostatnio nowiutki, jeszcze gorący Wielki Kryzys.

Niezależnie od tych wiadomości prasowych ludzie przeżywają swoje własne kryzysy. Czasami są to typowe kryzysy rozwojowe, związane z przechodzeniem w kolejny okres życia, a czasami w czyimś życiu następują jakieś wyjątkowe, bolesne tragedie. Zdarza się też, że wyzwalaczem jest jakieś błahe wydarzenie, które jednak staje się kroplą przelewającą kielich. W każdym razie ostatnio często słyszę od znajomych, że mają kryzys: zawodowy, małżeństwa, kapłaństwa, wiary w ludzi, sensu życia. Coś bardzo ważnego, co do tej pory działało dobrze (przynajmniej tak się wydawało), teraz się wali, załamuje, zostawiając człowieka w rozterce, lęku i pustce.


Kryzys jako szansa

Istotę kryzysu odsłania etymologia tego słowa. Wywodzi się ono od greckiego krinein, oznaczającego odsiewanie, osądzanie, wybieranie, rozdzielanie, decydowanie. Kryzys jest więc doświadczeniem wymagającym od przeżywającej go osoby podjęcia wyboru; opowiedzenia się za jedną rzeczą, a zrezygnowania z innej. Dlatego jest bolesny — bo wiąże się z obumieraniem i utratą. Coś starego musi umrzeć, by dać miejsce nowemu. Można więc spróbować spojrzeć na kryzys życiowy także jako na wielką szansę. Odziera nas bowiem ze złudzeń i iluzji, które być może przez wiele lat pracowicie tworzyliśmy, i umożliwia budowanie od nowa, tym razem na trwałych fundamentach i przy użyciu dobrych materiałów.

Związek z drugą osobą, życie w zakonie, praca zawodowa nie sypią się nagle. Końcowa katastrofa (bo o kryzysie zaczyna się najczęściej mówić dopiero wtedy, gdy jest już prawie za późno na ratunek) jest najczęściej efektem wielu codziennych zachowań, wielu drobnych błędów, małych egoizmów, złych przyzwyczajeń, a przede wszystkim chowania głowy w piasek, dopóki się da. Kryzys zderza nas z rzeczywistością, od której usiłujemy uciec, pozwala otrzeźwieć, „nawrócić się” — dostrzec, że szliśmy w złym kierunku, i wybrać nowy (zdarza się, że kierunek jest generalnie właściwy, ale źle wybrana jest trasa albo środek lokomocji...). Z dobrze przeżytego kryzysu życiowego człowiek zawsze wychodzi mocniejszy, dojrzalszy, wyposażony w nowe umiejętności prowadzenia szczęśliwego i sensownego życia.

Pomyślałam, że jakichś wskazówek na temat dobrego przeżywania kryzysu można poszukać u postaci biblijnych. Bohaterowie biblijni nie są papierowi. Ich portrety psychologiczne są wyraziste i wiarygodne, dzięki czemu przemawiają także do ludzi niewierzących. Biblia często opisuje sytuacje graniczne, kryzysowe, nie ma w niej nijakich bohaterów i wydarzeń. Skoro — jak wierzą żydzi i chrześcijanie — ma prowadzić ludzi przez życie, to musi opisywać trudne doświadczenia i momenty zwrotne, bo właśnie w takich chwilach potrzebujemy pomocy i rady, a nie wtedy, gdy wszystko jest w porządku i tkwimy w błogim ciepełku.

Pierwsza nauka jest taka, że tych trudnych wydarzeń nie da się uniknąć, gdyż to dzięki nim poznajemy, kim naprawdę jesteśmy, rozwijamy się i dojrzewamy. Nie warto się dręczyć, że gdybyśmy byli poszli do zakonu, zamiast wyjść za mąż (albo odwrotnie), podjęli inną decyzję albo wybrali innego męża czy zawód, to wszystko byłoby dziś dobrze. Kryzysy są nieuniknione. Odzierają nas ze złudzeń i iluzji, które tworzymy na temat siebie samych i innych ludzi, zabierają podpórki, które budujemy, by poczuć się komfortowo i nie musieć szukać sensu życia.


Długa nauka czekania

Pisałam już o Abrahamie w tekście Jak walczyć z Bogiem, ale chcę teraz wrócić do tej postaci, bo jego życie jest wypełnione sytuacjami granicznymi. Najpierw, stojąc prawie nad grobem (ma 75 lat), Abraham słyszy od Boga polecenie opuszczenia ziemi rodzinnej i udania się do zupełnie nieznanego kraju, który dopiero później będzie mu wskazany. Nie zna nawet jego nazwy! Musi porzucić wszystko, a ma tylko obietnicę błogosławieństwa i narodzenia potomstwa... Jednak mimo upływu lat i kilkakrotnego ponawiania obietnica Boga wciąż się nie spełnia. Abraham jest nadal bezdzietny, co w starożytności uchodziło za najgorszą hańbę.

Kiedy Izaak w końcu się rodzi, Abraham liczy sto lat. Od pierwszej obietnicy Boga minęło 25 lat. Warto zwrócić na to uwagę, bo podłożem wielu kryzysów jest to, że nie umiemy czekać. Chcemy od razu osiągnąć upragniony cel: dobrą sytuację materialną, wykończony dom czy ogród, stanowisko albo czyjąś miłość. Gdy musimy to wypracowywać, brakuje nam wytrwałości i miotamy się wściekli albo chcemy wszystko rzucić. Abraham też z początku tego nie umiał — śmiał się z Bożej obietnicy, wyznaczył obcego spadkobiercę, dwukrotnie próbował oddać swoją żonę Sarę innemu mężczyźnie, wziął kolejną żonę, bo przestał wierzyć, że pierwsza, której dotyczyła obietnica, da mu obiecanego syna. Wytrwałej cierpliwości i zaufania nauczyło go bardzo długie czekanie.

Później Bóg wystawia Abrahama na jeszcze gorszą próbę: ma tego ukochanego syna, niezbędnego do wypełnienia Bożej obietnicy, złożyć w ofierze całopalnej. Abraham jest posłuszny, układa drwa na ołtarz i chce zabić syna, ale w ostatniej chwili Bóg go powstrzymuje, składając nową obietnicę: „Przysięgam na siebie, wyrocznia Pana, że ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza”.

Po co Bóg stawia Abrahama przed takim wyborem? Czy jest to jakaś okrutna drwina, szyderstwo? Niektórzy proponują wyjaśnienie, że Izaak, ten upragniony od dziesiątków lat syn, który urodził się wtedy, gdy Abraham stracił już na to nadzieję, stał się dla swego ojca zbyt ważny. Abraham przestał opierać się na Bogu, jak robił przez ostatnie kilkadziesiąt lat, a oparł się cały na Izaaku, na nim zaczął budować sens życia. A to nie jest nigdy zdrowa sytuacja. Chodziło więc o to, aby zgodził się na utratę syna, „odessał się” od niego i dzięki temu odzyskał wolność.

Podobne sytuacje zdarzały się w moim życiu. Mam tendencję do uzależniania się od ludzi, miejsc, przedmiotów, pracy, przyzwyczajeń. Chorobliwe przywiązanie i lęk przed czymkolwiek nowym utrzymywały mnie w zupełnym zniewoleniu. W pewnym momencie nastąpił okres tracenia po kolei wszystkiego, od czego byłam uzależniona. Częściowo rezygnowałam dobrowolnie, bo miałam już wszystkiego dosyć i naprawdę chciałam się uwolnić. Myślałam, że to na zawsze, ale kiedy już wypracowałam wewnętrzną wolność, ludzie, rzeczy, miejsca i praca zaczęły do mnie wracać. Teraz mi nie zagrażają, więc mogą istnieć w moim życiu.


Dynamizm dobra i zła

Pod wpływem sytuacji kryzysowych ludzie mogą dojrzewać i wzrastać wewnętrznie, ale mogą też podejmować złe wybory i zmierzać ku katastrofie. Tak wyglądały tragiczne dzieje Saula, pierwszego króla izraelskiego. Jego życie zapowiada się świetnie: zostaje wskazany przez Boga na króla i namaszczony przez proroka. Wygrywa wszystkie bitwy i ratuje Izraela od zagłady. Ale Bóg odwraca się od niego, gdyż z chciwości zagarnął należne Mu łupy. Może się wydawać, że jest to dziwaczny powód, świadczący raczej źle o Bogu, ale faktycznie chodzi tu o coś bardzo ważnego. Chciwość (nieopanowana żądza posiadania czegoś) jest wadą, która, jeśli człowiek pozwoli jej się ogarnąć, opanowuje stopniowo jak nowotwór całe jego życie i postępowanie. Chciwość i powiązana z nią zazdrość są najczęstszą przyczyną przestępstw i zbrodni, krzywd i cierpienia, i uderzają w same podstawy życia społecznego, niszcząc w nim ład i zaufanie.

Obserwujemy więc, jak w Saulu, od którego szczęście się odwróciło, narasta wrogość do Dawida i całego otoczenia, i jak popełnia on coraz gorsze czyny, przekracza kolejne bariery, konsekwentnie zmierzając do tragicznego końca. Katastrofa życia Saula ostrzega, że kryzys może przynieść dwojaki skutek, w trudnych chwilach można wybierać dobrze albo źle. Jeden wybór pociąga za sobą drugi, bo zarówno dobro, jak i zło są dynamiczne: narastają albo maleją, ale nigdy nie stoją w miejscu.

W kontraście do postaci Saula budowana jest postać Dawida — największego w historii króla Izraela. Jego życie było bardzo dramatyczne, pełne zarówno sukcesów, jak i wyrządzonych mu krzywd. Został dowódcą wojska i zięciem Saula, ten jednak poczuł się zagrożony jego popularnością i chciał go zabić. Przez dużą część życia Dawid musi uciekać — najpierw przed Saulem, potem przed własnym synem, który wywołuje bunt. Zdarzyło mu się popełnić zbrodnię, ale w trudnych okolicznościach najczęściej podejmuje dobre wybory, niekiedy zupełnie niezwykłe jak na tamte krwawe czasy. Przeciwstawia się skrytobójczym i niepotrzebnym mordom, przebacza i rezygnuje z zemsty.

Podczas ucieczki przed Saulem dostaje go śpiącego i bezbronnego w ręce, ale wbrew namowom otoczenia darowuje mu życie. A gdy ucieka przed własnym synem, zabrania zabić człowieka przeklinającego go niesłusznie za śmierć Saula. „Jeżeli on przeklina, to dlatego, że Pan mu powiedział: »Przeklinaj Dawida!« Któż w takim razie może mówić: »Czemu to robisz?«... Pozostawcie go w spokoju, niech przeklina, gdyż Pan mu na to pozwolił. Może wejrzy Pan na moje utrapienie i odpłaci mi dobrem za to dzisiejsze przekleństwo”. Pozornie się wydaje, że w słowach tych jest fatalizm i bierność, lecz w rzeczywistości świadczą one o postawie wewnętrznej wolności i zaufania. Dawid jest długodystansowcem; umie czekać i przechować nadzieję. Ma również wielki dystans do samego siebie i poczucie własnej wartości, dzięki czemu może się wycofać, zrezygnować z walki do upadłego, z dochodzenia swojego za wszelką cenę. To wszystko pozwala mu zachować wewnętrzny spokój nawet w najtrudniejszych chwilach.

Dawid uczy ważnej zasady, znanej także ze wschodnich sztuk walki: ugiąć się, aby zwyciężyć. I jeszcze jednego — że warto być przyzwoitym.



Sierpień 2009




Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl