s t r o n a   o   n a d z i e i












Nie bój się...




Z pewnością łatwiej jest uwierzyć w to, że Boga nie ma, niż że istnieje, ale jest zły. O miłości i dobroci Boga mówi przecież Pismo Święte chrześcijan i żydów (Stary i Nowy Testament) oraz księgi innych religii, dzieła wielu filozofów, pisarzy i mistyków. Taki wniosek wydaje się też racjonalny: po co Bóg by stwarzał człowieka, gdyby nie chciał jego dobra? Można by więc uznać, że istnieje jakieś intuicyjne, wspólne dla wszystkich ludzi przekonanie, że Bóg jest dobry i chce naszego szczęścia.


Jeśli na drodze do wolności stoisz

A jednak wcale nie jest trudno spotkać osoby, które — świadomie lub nieświadomie — odbierają Boga jako zagrożenie dla siebie. Przypominają mi się w tym momencie wiersze Jacka Kaczmarskiego. Według jego interpretacji patriarcha Jakub buntuje się przeciwko Bogu, gdyż nie może żyć bez wolności: „W niewoli praw twych i w ludzkiej niewoli / Żyłem wśród zwierząt, obce karmiąc plemię / Jeśli na drodze do wolności stoisz / Prawa odrzucę precz, a Boga zmienię!” („Walka Jakuba z aniołem”, 1979). Bóg nie chce więc szczęścia człowieka, lecz go zniewala. Jego błogosławieństwo trzeba wywalczyć siłą, a kiedy nawet w końcu go udziela, to karze Jakuba kalectwem, aby tego jedynego „wolnego” można było łatwo odróżnić od pozostałych, zniewolonych.

Podobne przesłanie można znaleźć w „Wygnaniu z raju”. Utwór zaczyna się od opisu wspaniałego życia człowieka w raju, ale nie jest ono za darmo: „A w zamian za to tylko posłuszeństwo / Uległość wobec Pana / Więcej nic / Tylko pokora wobec bezwzględnego nieba / Miłość do tego tylko, co potrzeba... / A ja nie mogłam bezczynnością żyć upojną / I zrobiłam to, czego nie wolno!” („Wygnanie z raju”, 1977/1978). Grzech pierwszych ludzi jest więc dla Kaczmarskiego zdobyciem wolności. Jak przedstawia dalszy ciąg utworu, cena, jaką trzeba za to zapłacić, jest bardzo wysoka, ale dla poety wolność jest jej warta.

W „Strącaniu aniołów” (1980) zbuntowani aniołowie w gruncie rzeczy ponoszą karę za swoje pragnienie wolności, za to, że nie chcą być automatami; ich los wywołuje u czytelnika raczej współczucie i solidarność. Okazuje się więc paradoksalnie, że to nie diabeł jest największym wrogiem człowieka, tylko Bóg, a człowiek i diabeł dzielą niejako wspólny los... Z kolei w wierszu Zbigniewa Herberta „U wrót doliny”, przedstawiającym sąd ostateczny, kierowanie zbawionych do raju odbywa się na wzór selekcji do gazu w hitlerowskim obozie koncentracyjnym. Aniołowie rozdzielają rodziny siłą, odbierają pamiątki i ulubione przedmioty.

Wymienione utwory pochodzą z programu „Raj”, wykonywanego przez trio Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Zbigniewa Łapińskiego w 1980 i 1981 roku. Tytułowy raj jest w nim metaforą systemu komunistycznego. Metaforyka biblijna pozwoliła uzyskać zgodę cenzury na jego wykonywanie, ale wydaje się, że taka wizja Boga nie powstała jedynie na potrzeby smutnych panów z ulicy Mysiej w Warszawie.


Fałszywe obrazy Boga

Okoliczności mojego życia tak się złożyły, że mój obraz Boga był przez wiele lat podobny do tego naszkicowanego przez Jacka Kaczmarskiego. Teoretycznie wiedziałam, że Bóg mnie kocha, że jest nieskończenie miłosierny, że pragnie mojego dobra i troszczy się o mnie, ale wiedza ta nie wytrzymywała bezpośredniego starcia z rzeczywistością. To znaczy działała, dopóki wszystko układało się dobrze, ale w razie nawet najmniejszych problemów uruchamiał mi się paniczny lęk przed Bogiem. Czułam się wtedy nieodwołalnie skazana, zniszczona, bo przecież Bóg jest wszechmocny i wszystko wie, więc nikt nie może z nim wygrać. Czasami czułam się po prostu jak Józef K. w „Procesie” Franza Kafki.

Rembrandt, Powrót syna marnotrawnego (fragment)
Rembrandt, Powrót syna marnotrawnego (fragment)

Najgorzej było z pojęciem woli Bożej. Jak wiadomo, Bóg ma dla każdego człowieka plan czy też projekt jego życia, który ma na celu jego szczęście i zbawienie (oczywiście człowiek może sprzeciwić się temu planowi i pójść własną drogą). Jednak ja byłam — podświadomie — głęboko przekonana, że dla wszystkich innych Bóg zaplanował szczęście, ale plan dla mnie jest jednym wielkim nieszczęściem: samotność, bieda, obojętność otoczenia, choroby. Próbowałam się przekonywać, że to nieprawda, ale w gruncie rzeczy „wiedziałam”, że jeżeli chcę zdobyć szczęście, to muszę je wywalczyć sama — „z Bogiem lub bez Boga”. Bałam się, że jeżeli tylko Bóg się zorientuje, że na kimś lub na czymś mi zależy, to mi to odbierze, zniszczy, nawet w ostatniej chwili, żeby ze mnie okrutnie zadrwić. Usiłowałam ukrywać przed wszystkimi swoje plany i pragnienia, żeby zmniejszyć ryzyko ich zniszczenia.

W pewnym momencie dowiedziałam się, że taki obraz Boga jest częsty u osób, które wyrastały w domu z problemem alkoholowym, były ofiarami przemocy czy też doznały w dzieciństwie innych krzywd od najbliższych krewnych (zwłaszcza mężczyzn). Stopniowo udało mi się zdobyć do niego dystans i go usunąć. Niedawno jednak odkryłam swój kolejny fałszywy obraz Boga. To już nie jest ktoś zaborczy, złośliwy, demoniczny i niszczycielski, ale ktoś na wzór „Tajemniczego opiekuna” Jean Webster: od czasu do czasu się odzywa, raz do rok daje hojny prezent, co pewien czas zaprasza, żeby go odwiedzić, a kiedy go poproszę o pomoc, chętnie jej udziela. Ale tak naprawdę ma własne życie, w którym jestem jedynie gościem. W jakiś sposób mnie kocha i się o mnie troszczy, ale nie bierze realnego udziału w moim życiu, na co dzień jest nieobecny...


Czy rzeczywiście Bóg powiedział?

Fałszywe obrazy Boga ma każdy człowiek, chociaż nie wszyscy są tego świadomi. W ciągu życia mogą one się zmieniać; jedne blakną, a pojawiają się nowe. Powstają z różnych przyczyn.

Po pierwsze, skończony i materialny człowiek nie jest w stanie w pełni poznać nieskończonej i niematerialnej istoty, jaką jest Bóg. Usiłuje Go sobie wyobrazić, korzystając z obrazów, jakie zna, a więc pochodzących z relacji międzyludzkich. Dlatego właśnie u mnie powstały takie obrazy Boga, które opisałam wyżej. Nietrudno się domyśleć, że ich pierwowzorami byli moi najbliżsi krewni... Zjawisko to nazywa się antropomorfizacją, od greckich słów anthropos — człowiek i morfe — kształt.

Już samo nazywanie Boga ojcem jest antropomorfizmem: Bóg nie ma przecież płci, bo jest duchem. I trzeba nazywać Boga ojcem, bo polecił tak sam Jezus Chrystus, ale trzeba też mieć świadomość, że to określenie jest niepełne, bo żadne ludzkie pojęcie nie jest w stanie oddać istoty Boga. W jakimś sensie Bóg jest i ojcem, i matką — i Pismo Święte, mówiąc o Bogu, odwołuje się czasami także do metaforyki macierzyńskiej. Na przykład prorok Izajasz mówi: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie”, a psalm 131: „Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę — tak we mnie jest moja dusza. Izraelu, złóż w Panu nadzieję odtąd i aż na wieki!” Sam termin hebrajski oznaczający miłosierdzie, rachamim, w podstawowym znaczeniu oznacza łono matczyne...

Tę intuicję genialnie oddał Rembrandt na obrazie „Powrót syna marnotrawnego”, ilustrującym przypowieść z Ewangelii św. Łukasza: stary ojciec (symbolizujący Boga) przytula klęczącego przed nim syna, trzymając dłonie na jego plecach. Jedna z nich jest męska, a druga kobieca...

Po drugie, zafałszować nasz obraz Boga stara się ze wszystkich sił diabeł, którego głównym celem jest wprowadzenie rozłamu między człowieka i Boga oraz między poszczególnych ludzi. Diabolos oznacza po grecku właśnie „wprowadzający rozłam”... Diabeł nie jest bowiem kimś skrzywdzonym, niewinnie osądzonym i potępionym — lecz jest osobowym złem, który odtrącił miłość i pogrążył się w wiecznej nienawiści i samotności (André Frossard mówi, że diabeł to inteligencja kontemplująca samą siebie), i usiłuje doprowadzić ludzi do tego samego stanu.

Diabeł jest mistrzem fałszu, kłamstwa i podstępu, a główne miejsce, w które uderza, to nasze zaufanie — do Boga i do innych ludzi. W Apokalipsie jest trafnie nazywany „oskarżycielem naszych braci”... Istotnie, nie ma lepszego sposobu, żeby się wzajemnie znienawidzić i wskutek tego pogrążyć w izolacji i samotności, niż zacząć się nawzajem podejrzewać o złe zamiary. Mistrzowsko przedstawia to przypowieść o grzechu pierworodnym. Jest to opowieść o jednej wielkiej manipulacji. Warto przyjrzeć się jej szczegółowo, żeby dostrzec, jak diabeł sieje nieufność, przeinaczając prawdziwe fakty („Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?”), oskarżając („Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”) i rozgrywając ludzi przeciwko sobie... („Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem”).

Annegert Fuchshuber, Dobry Pasterz
Annegert Fuchshuber, Dobry Pasterz

Po trzecie, jak była już mowa wyżej, fałszywe obrazy Boga powstają wskutek różnych przykrych wydarzeń w życiu. Przede wszystkim w dzieciństwie — gdyż pierwszy obraz Boga, jaki ma każdy człowiek, powstaje na wzór jego własnego ojca (a jeśli go nie było, to innego mężczyzny, który odgrywał tę rolę), lecz także w życiu dorosłym. Kiedyś znajoma, która doznała wielkiej krzywdy od bardzo bliskiej osoby, napisała do mnie: „Bóg nie czyni przecież ludzi szczęśliwymi. Skazuje ich tylko na różne rodzaje cierpienia. Chce, żeby błagali go o litość, której nie dostają, i trwali w naiwnej wierze, że może im pomóc”. W człowieku jest jakieś zdumiewające skrzywienie, które każe przerzucać na Boga odpowiedzialność za krzywdy, które wyrządzają nam ludzie, wszystkie nasze niepowodzenia, a nawet nasze własne grzechy, którymi ranimy inne osoby...

Niestety wciąż zdarzają się także toksyczni rodzice oraz katecheci, którzy straszą: „Pan Bóg się pogniewa na ciebie, bo nie słuchałeś mamusi”. Takie bolesne doświadczenia miał w dzieciństwie francuski filozof Jean Paul Sartre, wychowywany przez bardzo surowych dziadków. Kiedyś jako mały chłopiec niósł kałamarz; niechcący potknął się o dywan, przewrócił i rozlał atrament. Przeraził się, że Bóg znowu go ukarze, i zaczął Go przeklinać. W końcu postanowił zupełnie się od Niego uwolnić. Trzeba jednak zauważyć, że Sartre nigdy nie spotkał się z prawdziwym Bogiem. Ten, którego znał, był zupełnie wypaczoną karykaturą — przypominał raczej groźne bóstwo z pierwotnej religii, które trzeba przebłagiwać darami i ofiarami, aby się ocalić przed jego gniewem i ocalić życie...


Czekanie na człowieka

Jest bardzo ważne, żeby poszukiwać w sobie takich nieświadomych, fałszywych obrazów Boga, uświadamiać je sobie i zastępować innymi, prawdziwymi. Mają one bowiem katastrofalne skutki, i to zarówno na poziomie psychicznym, jak i duchowym. Na poziomie psychicznym negatywny obraz Boga rozlewa się na całe nasze życie, na relacje z innymi ludźmi i na stosunek do siebie samego. Jeżeli postrzegamy Boga jako zagrożenie, to tak samo będziemy postrzegać ludzi — obraz Boga tworzy się na wzór ludzi, ale także obraz ludzi tworzy się na wzór Boga... Będziemy więc podejrzliwi, zamknięci, przygnębieni, trudno będzie nam nawiązywać szczere, życzliwe relacje, bo przecież nie jest to możliwe, gdy podejrzewa się wszystkich naokoło, że źle nam życzą... Będziemy też cierpieli na brak poczucia bezpieczeństwa oraz różne lęki, przejawiające się na przykład w obsesyjnych zachowaniach, od których nie można się uwolnić mimo wielu wysiłków. Może to być wielokrotne sprawdzanie przed wyjściem z domu, czy kuchenka została wyłączona i drzwi zamknięte na klucz, albo ciągły niepokój o bliskich, czy nie mieli wypadku samochodowego...

Z kolei na poziomie duchowym taki obraz Boga uniemożliwia w istocie jakikolwiek rozwój. Nie jest przecież możliwe nawiązanie osobistej, radosnej, życiodajnej relacji z kimś, kogo się wciąż podejrzewa o to, że jest psychopatą, który chce nas skrzywdzić, albo funkcjonariuszem–służbistą, którego nie obchodzi nic poza ścisłym i bezwzględnym przestrzeganiem przepisów i który jak urząd skarbowy czyha na każdą najmniejszą pomyłkę, żeby nałożyć na nas karę... Tak zniekształcona wiara staje się jakąś katorgą, torturą, która może doprowadzić nawet do ciężkiej choroby wymagającej leczenia psychiatrycznego.

Moje odkrywanie prawdziwego obrazu dobrego i kochającego Boga trwa. Przełamywanie lodów i nawiązywanie kontaktu wymaga czasu w każdej relacji, także z Bogiem. Wielkim odkryciem były dla mnie obrazy „Powrót syna marnotrawnego” Rembrandta i „Dobry Pasterz” niemieckiej malarki Annegert Fuchshuber. Bardzo lubię się w nie wpatrywać. Miłosierny Ojciec przytulający syna opiekuńczym gestem ma twarz ślepca — jego zamknięte oczy nie chcą widzieć niczego, co mogłoby go oderwać od przeżywania szczęścia z obecności cudownie odzyskanego dziecka; Dobry Pasterz z czułością wtula policzek w sierść owieczki, którą obejmuje ramionami; on także zamyka oczy, aby nic go nie rozpraszało, aby mógł się zatopić w odczuwaniu jej bliskości, ciepła i ufności...

W Apokalipsie, ostatniej księdze Pisma Świętego, Jezus mówi: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”. Znałam ten fragment od dawna, ale nic do mnie nie mówił. Aż nagle niedawno przypadkowo wyjrzałam rano przez okno i zobaczyłam mojego psa, jak siedział na ganku pod drzwiami i wpatrywał się w nie. Nie mógł sam dostać się do domu, nie miał żadnego wpływu na sytuację, mógł tylko czekać, aż w końcu go zauważę i otworzę drzwi. Widziałam, jak jego pysk wyraża na zmianę nadzieję i rozpacz. W końcu zaczął nerwowo biegać od drzwi pod okno i z powrotem; usiłował dojrzeć przez okno i usłyszeć przez drzwi, czy nie nadchodzę...

Taki właśnie jest Bóg. Wierzy, że w końcu Go dostrzeżemy, że przestaniemy się Go bać i Go wpuścimy. Nie może nas zmusić, żebyśmy Go pokochali, żebyśmy uwierzyli, że nas kocha, że nie zamierza nas skrzywdzić. Może to zrozumieć ten, kto sam doświadczył odtrącenia swojej miłości i wciąż czeka na czyjś powrót...



Więcej na podobny temat można przeczytać w tekście pt. „Trudno nie wierzyć w nic”.



Marzec 2007





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl