s t r o n a   o   n a d z i e i












O leczeniu miłości




Podobno człowiek jest najbardziej wrażliwym stworzeniem na świecie. Nie wiem, czy to prawda, ale rzeczywiście jesteśmy istotami bardzo podatnymi na zranienie. Wystarczy niewielki uraz, aby pojawił się bolesny siniak czy rana, której zagojenie się wymaga sporo czasu. Czasami pamiątką po takim wydarzeniu pozostaje blizna, widoczna jeszcze przez wiele miesięcy. Ale człowiek jest podatny nie tylko na urazy fizyczne; nasza sfera psychiczno–duchowa, odróżniająca nas od zwierząt, jest jeszcze delikatniejsza. I dlatego w tej sferze tak łatwo jest nas zranić.

Chyba każdy doświadczył kiedyś odrzucenia naszej miłości, obojętności kogoś, kto był dla nas ważny, czy wykorzystania pod pozorem dobrych intencji. Wiemy, jak bardzo to boli — i że ból ten obecny jest jeszcze po wielu latach. Jeśli nawet nie odczuwamy go na co dzień i myślimy, że to już przeszłość, odzywa się niespodziewanie, kiedy wydarza się coś przypominającego tamtą sytuację, albo nawet bez powodu — gdy na przykład budzimy się w nocy.

Zapewne też zdarzało nam się odkrywać, że ludzie, których kochaliśmy, nie potrafią nas kochać odpowiedzialną, bezinteresowną i dojrzałą miłością albo że kochają nas nie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy, lecz takimi, jakimi oni by chcieli, żebyśmy byli. Kiedy przekonywali się, że nie odpowiadamy ich wyobrażeniom — a przecież nikt nie jest w stanie spełniać wszystkich oczekiwań i pragnień innych ludzi — okazywali rozczarowanie albo zupełnie znikali z naszego życia, raniąc nas boleśnie.

Wiadomo też, jak się czuliśmy, kiedy zawiódł nas ktoś, komu uwierzyliśmy. Ktoś traktował nas życzliwie, stopniowo zaczynaliśmy mu ufać i odsłaniać się przed nim, zachowywać się swobodnie w jego towarzystwie, przedstawiać mu nasze prawdziwe myśli i poglądy bez strachu o jego reakcję, mówić mu o naszych uczuciach, wierząc, że nas akceptuje... a wtedy ta osoba nagle odsuwała się od nas, zaczynała nas unikać. A może wyśmiała nas albo niespodziewanie zaatakowała publicznie, ujawniając i krytykując to, co powiedzieliśmy jej w zaufaniu?

Takie urazy latami gromadzą się w psychice. Niektóre z nich pamiętamy, inne nie — ale żaden z nich nie znika bez śladu. Trwają w podświadomości w postaci lęków, blokad emocjonalnych, mechanizmów obronnych i utrwalonych sposobów reagowania, niszcząc nasze samopoczucie i relacje z ludźmi...


„Przecież ja cię tak kocham...”

A jednak, jeśli ktoś nas zranił, to nie możemy zakładać, że zrobił to świadomie. Często nam się tak wydaje, bo odczuwamy gniew, gorycz i ból — ale mimo wszystko osoby, które krzywdzą innych rozmyślnie, zdarzają się rzadko. Najczęściej ludzie nawet nie wiedzą, że swoim zachowaniem ranią innych; częściej robią to z powodu braku informacji (bo na przykład nie wiedzą, że ktoś ma uraz na jakimś punkcie) albo ludzkiej słabości, ułomności.

Święty Paweł, który doskonale znał ludzką psychikę, napisał: „Nie rozumiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę — to właśnie czynię... Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać — nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę... Nieszczęsny ja człowiek!” I faktycznie tak jest — na przykład nie możemy zapanować nad irytacją albo niespodziewanie wybuchamy gniewem i robimy lub mówimy rzeczy, których potem bardzo żałujemy — i zastanawiamy się, jak w ogóle mogliśmy komuś coś tak okropnego powiedzieć.

Wydawałoby się, że przynajmniej, jeśli kogoś bardzo kochamy, to nie będziemy go ranić. A jednak czasami nasza miłość bez naszej woli staje się wręcz toksyczna dla drugiej osoby. Można tak bardzo kochać, że odbiera się człowiekowi wolność, zaczyna się go tyranizować, sprowadza do roli ulubionego pieska, który ma tak skakać, jak mu zagramy. „Proszę, nie wychodź dziś wieczorem z kolegami”; „Chcę, żebyś nosiła długie włosy, tak mi się z nimi podobasz”; „Przestań się wspinać, boję się, że coś ci się stanie”; „Ależ musisz pójść razem ze mną na przyjęcie, to by było okropne, cały wieczór bez ciebie”; „Zerwij znajomość z Iksińskim, jestem o niego zazdrosny, przecież cię tak kocham”...

Niedawno ukazała się w Polsce książka „Kochać zbyt mocno. O przemocy psychicznej w rodzinie”, w której autorka Rosalind Penfold opisuje w historyjkach obrazkowych, jak strasznie została zniszczona podczas dziesięcioletniego związku z „bardzo kochającym ją” partnerem, który ją zupełnie zniewolił i odebrał jej wszelką ludzką godność. Jej wypadek jest oczywiście skrajny, ale w mniejszym natężeniu zjawisko to jest nierzadkie. W moim otoczeniu nie ma chyba żadnego młodego małżeństwa, które nie przeszłoby przez fazę „Tak się kochamy, że nie możemy żyć bez siebie”.


Łańcuchy krzywd

Niestety krzywdy mają tendencję do powielania się. Zupełnie jak w Starym Testamencie, kiedy Bóg mówi Mojżeszowi, że będzie mścił grzechy na trzecim i czwartym pokoleniu. Ale w rzeczywistości to nie Bóg mści grzechy — bo Bóg nie karze niewinnych, nie stosuje odpowiedzialności zbiorowej — tylko rany powstałe na skutek grzechów przenoszą się z pokolenia na pokolenie.

Ludzie, których miłość została zraniona, ranią innych — czasami specjalnie, żeby się w jakiś sposób odegrać, zemścić, a czasami nieświadomie, gdyż z powodu nie zaleczonych urazów reagują lękiem, agresją, podejrzliwością. Są zniewoleni przez urazy, więc taki też obraz innych osób sobie tworzą, a następnie traktują je jako agresorów i krzywdzicieli, chociaż nic im one nie zawiniły. Powstaje efekt samospełniającej się przepowiedni, gdyż „zaatakowane” w ten sposób osoby najczęściej zaczynają zachowywać się tak, jak się od nich „oczekuje”. A zranione niesprawiedliwą oceną, mogą z kolei z lękiem i podejrzliwością podchodzić do kolejnych osób... Tak tworzy się łańcuch zranień.

Inny powód to nieświadome powtarzanie we własnym życiu wzorców zachowań wyniesionych z rodzinnego domu. Wiadomo, że przemoc stosują najczęściej ludzie, którzy sami jej doznali w dzieciństwie; ofiary przemocy wchodzą w związki z osobami stosującymi przemoc, a osoby, których rodzice pili — z alkoholikami. Mimo że obiecują sobie, że stworzona przez nich rodzina będzie wolna od alkoholu i przemocy, nieświadome, utrwalone wzorce zachowań okazują się silniejsze. (Warto tu polecić książkę „Miłość to wybór. O terapii współuzależnień” R. Hemfelta, F. Minirtha i P. Meiera, w której autorzy, amerykańscy psychiatrzy, opisują, jak powstają utrwalone wzorce zachowań i jak się uwolnić od ich powtarzania).

Wracając do języka teologicznego, można więc powiedzieć, że nasze grzechy ranią nie tylko nas samych, lecz także inne osoby (najbardziej najbliższe, bo one są „najbliżej”), a my z kolei ponosimy bolesne skutki cudzych grzechów. Czy istnieje wyjście z tego zaklętego kręgu? Tak — trzeba przecinać łańcuchy krzywd. Trzeba starać się uwalniać od naszych zranień, choć jest to bardzo trudne, i próbować ochraniać innych ludzi przed ich skutkami, tak żeby ich z kolei nie ranić.


Potrzeba przebaczenia

Dlatego tak ważne jest przebaczenie, bo tylko ono umożliwia zerwanie związków z bolesną przeszłością. Dopóki nie przebaczymy osobie, która nas zraniła, nie zdołamy naprawdę uwolnić się od doznanej krzywdy. Temat będzie powracał, nawet jeśli na co dzień uda nam się go wyprzeć ze świadomości. Oczywiście nie jest to łatwe. Nie wystarczy powiedzieć „Od dziś przebaczam Iksińskiemu”. Przebaczenie, zwłaszcza w przypadku dużych krzywd, jest długotrwałym procesem, który wymaga sporej pracy nad uczuciami i kosztuje czasem wiele cierpienia. Ale za to przynosi ogromną ulgę, spokój wewnętrzny i pogodę ducha.

Będzie nam łatwiej zaakceptować drugiego człowieka wraz z jego niedoskonałością i błędami, zawinionymi lub nie, jeśli będziemy pamiętać, że sami też często potrzebujemy cudzego przebaczenia.

Dostrzeżenie ran, które zadajemy innym osobom, jest znacznie trudniejsze niż w odwrotną stronę i często nam się wydaje, że nie ponosimy żadnej winy. Jeśli jednak spróbujemy „wyjść z siebie” i zaczniemy analizować nasze zachowania i motywy z punktu widzenia innych ludzi, odkryjemy, ile jest w nas egoizmu i wad, i jak uciążliwi potrafimy być dla otoczenia. Nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, bo mechanizmy obronne, takie jak racjonalizacja i wypieranie, dbały, abyśmy nie utracili pozytywnego obrazu siebie we własnych oczach... Przypowieść z Ewangelii o człowieku, który chciał wyjąć źdźbło z oka drugiego, a nie dostrzegał belki we własnym, ma silne podstawy psychologiczne.

Jak pisze Amedeo Cencini w książce „Żyć w pojednaniu”, „Przebaczenie jest bardziej stylem życia niż określonym działaniem związanym z przebaczeniem. Jest sposobem ustosunkowania się wobec kogoś innego i jego słabości, takim sposobem, który nie wyzwala się wyłącznie w następstwie upadku. Często może nawet upadkowi przeszkodzić, ponieważ jest formą dobroci, zrozumienia, wielkoduszności, stylem tego, kto nie troszczy się o to, czy inny na to zasługuje, ani nie gorszy się jego nędzą. Osoba miłosierna nie może zapomnieć, że także ona przeżywa upadki i wiele razy nie otrzymuje za to potępienia...”


Lekarstwo na egoizm

Można bowiem powiedzieć, że jedziemy wszyscy na jednym wózku. Przyczyną wszelkich ran, zadawanych sobie wzajemnie przez ludzi, jest wspólna wszystkim ludziom niedoskonałość, skażenie wynikające z grzechu pierworodnego: pożądamy tego, kto (co) nam się podoba, chcemy go posiadać i nim rządzić. Każda z tych trzech tak zwanych „pierwotnych pożądliwości” (w języku staropolskim nosiły one zabawną dzisiaj nazwę „pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha żywota”) na inny sposób rani miłość. To właśnie z powodu tych głęboko zakorzenionych w samej istocie człowieczeństwa tendencji człowiek „nie czyni dobra, którego chce, ale czyni zło, którego nie chce”.

Odpowiedzią na te trzy pierwotne zranienia są trzy tak zwane rady ewangeliczne: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Każda z nich ma leczyć inny chory fragment osobowości człowieka i inną niedoskonałość relacji międzyludzkich. Ubóstwo jest lekarstwem na chęć posiadania drugiego człowieka, posłuszeństwo — na chęć rządzenia nim, a czystość pomaga przezwyciężać odwieczną skłonność do traktowania innego człowieka jak przedmiotu, korzystania z niego tak, jak się korzysta z krzesła, komputera czy samochodu. (Na tym tak naprawdę polega grzech pożądliwości ciała: nie patrzę na drugiego człowieka jak na niezależną ode mnie i równą mi istotę, obdarzoną niezbywalną godnością i wolnością, lecz zaczynam postrzegać jego i jego ciało jako narzędzie, które ma zaspokoić moje pragnienia emocjonalne i potrzeby cielesne).

Na „radach ewangelicznych” opiera się życie zakonne (w którym rozumie się je skrajnie jako celibat, wspólną własność i ścisłe posłuszeństwo przełożonym). Jednak nikt nie powiedział, że są one przydatne tylko dla zakonników. Przeciwnie, w duchu czystości, ubóstwa i posłuszeństwa może żyć każdy, interpretując je w kontekście konkretnych warunków swojego życia: na przykład ubóstwo nie oznacza, że osoba bogata ma się pozbyć całego majątku, lecz że powinna chętnie pomagać finansowo tym, którzy tego potrzebują, a czystość w życiu małżeńskim będzie stanowić wierność małżonkowi i dostrzeganie w nim godnego miłości i szacunku człowieka, a nie przedmiotu. Można też powiedzieć, że są to pewne ideały, do których będziemy starali się codziennie upodabniać swoje życie.

Jeśli pozwolimy radom ewangelicznym, aby nas kształtowały, to wtedy nasza miłość będzie się stopniowo oczyszczać z pychy i egoizmu; coraz mniej będziemy ranić innych ludzi i coraz mniej będą nas bolały zadawane nam przez nich rany, bo łatwiej będzie nam im przebaczać.



Maj 2007





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl