s t r o n a   o   n a d z i e i












(Nie)zgoda na zło




Czy powinniśmy walczyć ze złem i cierpieniem, które spotyka nas i innych ludzi? Chcemy, żeby istniała sprawiedliwość, a ludzie byli szczęśliwi, ale przecież wiadomo, że nie jesteśmy w stanie zbawić całego świata. Wydaje się właściwie, że tak naprawdę na nic nie mamy wpływu. Odbywają się kolejne wybory parlamentarne, marsze protestacyjne przeciwko przemocy, akcje prasowe i tak dalej, ale wcale nie widać, żeby coś się od tego zmieniało na lepsze. Wszystko idzie po staremu, a czasami wydaje się wręcz, że coraz gorzej.

Może więc należy raczej pogodzić się z istnieniem zła i cierpienia? Uważa tak wielu ludzi. Jedni twierdzą, że światem rządzi przypadek i dobór naturalny, obiektywna moralność nie istnieje, a w naturze jednostek i społeczeństw leży kierowanie się własną korzyścią, a nie altruizmem. Inni z kolei (często osoby starsze) — że powinni pokornie znosić wszystkie cierpienia i niesprawiedliwości, które ich spotykają, bo tak nakazuje religia (chrześcijaństwo). Nie dziwię się, że słysząc coś takiego, ludzie dochodzą do wniosku, że chrześcijaństwo jest szkodliwe i hamuje postęp, gdyż przyzwala na zło i powoduje, iż zamiast angażować się w urządzanie lepszego świata, ludzie biernie czekają na sprawiedliwość po śmierci. Tymczasem jest to nieprawda — chrześcijaństwo niczego takiego nie nakazuje.


Wewnętrzna akceptacja — tak...

Chociaż zwolennicy tego poglądu powołują się na niektóre cytaty z Pisma świętego, zwłaszcza wypowiedź Chrystusa „Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!”, wypaczają Jego słowa, nie uwzględniając kontekstu, w jakim zostały wypowiedziane (chodzi tutaj o krytykę zasady „oko za oko, ząb za ząb”) i pomijając inne wypowiedzi Jezusa, chociażby: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?”.

Błogosławcie Pana wszystkie Jego dzieła,
Które by nie kwitły, gdyby nie cierpienie,
Błogosławcie Pana.

Błogosławcie Pana wszystkie łzy i żale,
Każda moja słabość i upokorzenie,
Błogosławcie Pana.

Błogosławcie Pana wszystkie moje rany,
Na które Duch Święty staje się balsamem,
Błogosławcie Pana.

Niech Cię błogosławią wszystkie me niemoce,
Ból skrzętnie skrywany po bezsennej nocy,
Niech Cię błogosławią.

Błogosławcie Pana, że Mu ufam jeszcze,
Że mnie wciąż uzdrawia łaski swojej deszczem,
Błogosławcie Pana.

s. Maria Paula Siewak

Dlatego trzeba wyraźnie napisać, że Chrystus uczy, aby akceptować cierpienie, które nas spotyka, wewnętrznie godzić się na nie. Podobnie radzi zresztą współczesna psychologia — zauważono bowiem, że jeżeli jesteśmy pogodzeni ze sobą i z historią swojego życia, to możemy być spokojni i szczęśliwi nawet w obiektywnie bolesnych i trudnych okolicznościach; natomiast jeśli nie godzimy się na swoje życie i wydarzenia, które nas spotykają, chcielibyśmy być kimś innym niż jesteśmy, to przeżywamy ciągłe konflikty emocjonalne, bolesne rozdarcie wewnętrzne, które jest przyczyną nieustannego niepokoju i przygnębienia, a w końcu depresji i apatii.

Natomiast Chrystus nie namawia do szukania cierpienia, jego masochistycznego rozpamiętywania (psycholodzy nazywają to mechanizmem użalania się i samokarania) ani utrzymywania niesprawiedliwości. Kiedy wymienia osiem błogosławieństw, to mówi: „błogosławieni, którzy płaczą, albowiem będą pocieszeni”, i „błogosławieni, którzy pragną sprawiedliwości, albowiem będą nasyceni”. Nie mówi, że smutek i niesprawiedliwość są dobre i należy w nich trwać, lecz obiecuje pociechę i sprawiedliwość tym, którzy obecnie są ich pozbawieni. Podobnych wypowiedzi jest więcej.

Taka postawa Jezusa świadczy o Jego mądrym realizmie — nie mamy wpływu na wszystko, co się dzieje na tym świecie, i musimy się pogodzić, że nie potrafimy całkowicie wykluczyć z niego zła i cierpienia. Nieprzyjmowanie tego faktu do wiadomości świadczyłoby tylko o jakiejś niedojrzałości, myśleniu życzeniowym. Ale kiedy mamy na coś wpływ i możemy sprawić, żeby cierpienia było mniej — to wtedy trzeba walczyć, a nie siedzieć z założonymi rękami. A jak? Święty Paweł radzi zwyciężać zło dobrem, zamiast odpłacać za nie złem. I w takim właśnie kontekście należy odczytywać słowa Chrystusa o nadstawianiu drugiego policzka. Chodzi tu o taktykę walki ze złem, a nie o pozostawianie go w spokoju.


...tolerowanie zła — nie

Nie mogę się pozbyć podejrzenia, że postawa wielu osób (także księży), które twierdzą na przykład, że kobieta maltretowana przez uzależnionego od alkoholu czy agresywnego męża powinna po chrześcijańsku znosić cierpienie, gdyż wymaga tego nierozerwalność sakramentu małżeństwa, wynika tak naprawdę z ich wielkiego lenistwa i egoizmu. Dużo wygodniej jest pozbyć się w ten sposób odpowiedzialności i zasiąść sobie przed telewizorem, współczując bez zobowiązań ofiarom katastrofy na drugim końcu świata, niż przyznać, że dzieje się zło, i zaangażować się w szukanie dla takiej osoby pomocy prawnej, pracy i tymczasowego mieszkania. Ale to nie jest chrześcijaństwo, tylko jego dokładne przeciwieństwo!

Chrześcijaństwo każe walczyć ze złem (właśnie w tym celu, zgodnie z wiarą chrześcijańską, Chrystus umarł na krzyżu: żeby złamać potęgę diabła i śmierci, i dać wszystkim ludziom zbawienie i życie wieczne) — a nie je tolerować. Odwoływanie się do argumentu o nierozerwalności małżeństwa w celu utrwalania czyjejś krzywdy jest jakąś potworną, gorszącą hipokryzją. Jest prawdą, że ważnie zawarte sakramentalne małżeństwo jest nierozerwalne i nakazuje zachowanie wierności wobec małżonka aż do śmierci. Ale ma ono na celu umacniać miłość między ludźmi i tworzyć bezpieczne środowisko do rodzenia się i rozwijania nowego życia — czyli po prostu powiększać szczęście i dobro. Ani małżeństwo, ani miłość nie dają prawa do krzywdzenia, wykorzystywania, poniżania, stosowania przemocy fizycznej czy psychicznej.

Osoba będąca ofiarą takich nadużyć ma prawo i obowiązek się bronić przed nimi wszelkimi, zgodnymi z prawem cywilnym i moralnym sposobami, w tym także wyprowadzić się i wystąpić o separację, a nawet rozwód cywilny, jeśli ze względu na szczególne okoliczności sama separacja nie zabezpieczy jej wystarczająco. A kiedy trzeba — złożyć nawet doniesienie o przestępstwie do prokuratury. Otoczenie tej osoby ma zaś moralny obowiązek pomagać jej w tej samoobronie, a jeśli jest zbyt zastraszona i wykończona psychicznie, żeby ją podjąć — to wręcz ją zachęcać, umacniać i popychać do działania.

Nie jest to łamanie przysięgi małżeńskiej („że cię nie opuszczę aż do śmierci”), bo nie mówi ona o mieszkaniu razem i posiadaniu wspólnego majątku aż do śmierci. Czasami wierność małżonkowi musi odbywać się z oddali. Przyzwolenie na przemoc jest zgubne nie tylko dla ofiary, lecz także dla sprawcy — bo utwierdza go w przekonaniu, że jego działania są słuszne i akceptowane, i odbiera mu możliwość poprawy.


Skutek nie jest karą

Trzeba sprostować jeszcze jeden fałszywy pogląd, który niestety nadal gdzieniegdzie pokutuje: cierpienie nie jest karą za grzechy. Tak sądzono w starożytności i jeszcze dzisiaj uważa się w niektórych kulturach: jeśli kogoś spotyka nieszczęście, to znaczy, że musiał popełnić jakiś grzech i spotkała go za to kara. A jeśli nie on — to jego rodzina. Jest to myślenie pogańskie, obce chrześcijaństwu, a także judaizmowi (obaleniu tego poglądu poświęcona jest Księga Hioba, zobacz: Skandal cierpienia).

Natomiast cierpienie może być — i bardzo często jest — skutkiem grzechu. Jeśli ciężkiemu wypadkowi w pracy ulega osoba pracująca przez kilkanaście godzin bez przerwy, bo kierownik „nakłonił” ją do pracy przez dwie kolejne zmiany; ktoś zostaje inwalidą na całe życie z powodu karygodnej niedbałości lekarza przy porodzie; matka maltretuje dzieci, a krewni i sąsiedzi wolą przez całe lata tego nie widzieć, podobnie jak wykorzystywania seksualnego swoich sióstr przez zwyrodniałego nastolatka; a inspektor budowlany za łapówkę dopuszcza do eksploatacji źle zaprojektowany budynek, który się zawala i giną ludzie — to winę za te nieszczęścia ponoszą konkretne osoby.

Pobłogosław pochyloną głową cierpiących,
trudną samotność ludzi,
niespokojny byt,
cierpienie, którego nikt nikomu nie powierzy.
Mnie nigdy jeszcze nie odebrałeś smutku.
Ciąży on mi nieraz bardzo,
lecz dajesz siłę, więc go niosę.
Pobłogosław teraz mój sen.
Pamiętaj, co Twój Syn wycierpiał
w śmiertelnym lęku.
Daj wszystkim zmarłym pokój.

Św. Edyta Stein

Sprawcą cierpienia może być inny człowiek, jak w wymienionych przykładach, albo nawet ta sama osoba, która cierpi — na przykład gdy ktoś odkłada zrobienie badań, chociaż ma podejrzenia co do swojego stanu zdrowia, i wskutek tego doprowadza się do ciężkiego stadium choroby nowotworowej. W każdym razie nie jest nim Bóg — chociaż wiele osób woli uciekać w obwinianie Boga, zamiast szukać odpowiedzi na pytanie, czy przypadkiem sami nie przyczynili się do swojego lub cudzego nieszczęścia.

Podkreślmy jeszcze raz: chrześcijaństwo głosi, że cierpienie jest nieuniknionym, ale na szczęście przejściowym skutkiem grzechu — zarówno grzechu pierworodnego (przed tym grzechem, będącym pierwszą skuteczną „ingerencją” w świat zła i szatana, nie było cierpienia), jak i grzechów poszczególnych osób. Zło i cierpienie było, jest i będzie, dopóki świat będzie istniał, ale nie jest celem życia człowieka cierpieć. Celem tym jest radość i szczęście: wieczne w przyszłości, a na ile to możliwe, także już na tym świecie. Mamy więc starać się wprowadzać „królestwo Boże” już teraz, czyli jak najbardziej zwiększać ilość szczęścia, dobra i sprawiedliwości, a zmniejszać ilość zła, krzywd i cierpienia.

Dlatego trzeba robić wszystko, co można, żeby zasięg grzechu (zła) i wynikającego z niego cierpienia ograniczać. Może się zdarzyć, że zaangażujemy się w działanie na szerszą skalę, które będzie wymagało dłuższego poświęcenia. Innym razem potrzebna będzie odwaga, aby przerwać zmowę milczenia. Ale nie zawsze muszą to być rzeczy wielkie. Czasem wystarczy, że powstrzymamy się przed powiedzeniem komuś złośliwości, gdy jesteśmy zirytowani (nawet z uzasadnionego powodu), albo spokojnie odpowiemy osobie, która potraktowała nas niegrzecznie, zamiast odpłacać pięknym za nadobne...



Czerwiec 2007





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl