s t r o n a   o   n a d z i e i












Kłopotliwy skarb: uczucia




Kiedyś na grupie psychoedukacyjnej dla dorosłych dzieci alkoholików prowadzący zadał nam pytanie, dlaczego ludzie sięgają po alkohol. Rzucane z sali odpowiedzi zapisywał na tablicy, a następnie po kolei je omawialiśmy. Przy każdej zaznaczał, jaka przyczyna się za nią kryje. Odpowiedzi były najróżniejsze: na przykład żeby zapomnieć, żeby sobie dodać odwagi, z powodu nudy, żeby poprawić sobie nastrój, żeby się rozluźnić i dobrze się bawić, żeby nie czuć się samotnym, żeby poczuć się ważniejszym... Ale przy wszystkich okazało się to samo: ich podłożem były uczucia.

Jestem teraz na studiach podyplomowych z poradnictwa psychologicznego (niestety z tego powodu nie mam czasu zajmować się „Stroną o nadziei”, za co przepraszam) i na zajęciach poświęconych przemocy wykładowca zrobił identyczne ćwiczenie. Dlaczego ludzie stosują przemoc? Odpowiedzi zajęły całą tablicę, ale znowu za każdą kryło się to samo: uczucia.

Uczucia są bardzo potężną siłą w życiu człowieka i głównym czynnikiem kierującym jego zachowaniem. Stąd nawet ich łacińska nazwa, która przeszła do większości języków europejskich — emocje, od emoveo — wprawiać w ruch. Bez uczuć człowiek nie mógłby w ogóle żyć — zamieniłby się w nieruchomość, popadłby w zupełną apatię (słowo to pochodzi od greckiego apathes — nieczuły). Także zwierzęta mają uczucia, o czym doskonale wiedzieli zarówno starożytni filozofowie, jak i każdy posiadacz psa czy kota. Bez uczuć nie ma życia. Tylko rośliny ich nie mają i świat nieożywiony — kamień, drewno, plastik. Nie przez przypadek istnieją takie wyrażenia jak „kamienna twarz”, „plastikowi ludzie”, „drewniane spojrzenie”.


Błędne poglądy na temat uczuć

Obecna epoka jest bardzo emocjonalna. Media ociekają tanimi uczuciami i na uczuciach opiera się cała reklama. Baw się z naszym radiem, a wyluzujesz się na imprezie, kup ciucha czy kosmetyk, a zakasujesz koleżanki, napij się piwa, a będziesz równy gość w towarzystwie. Jednocześnie rozpowszechnienie uzależnień, depresji i zachowań obsesyjno–kompulsywnych bije wszelkie rekordy. Wydaje się to paradoksalne — przecież cywilizacja zachodnia nacechowana jest dużą nieufnością do uczuć, wyznając w zamian kult rozumu. Większość Europejczyków i Amerykanów uważa, że poddawanie się uczuciom jest dziecinne, niedojrzałe. Zmiany nastroju i płacz wybacza się kobietom — są przecież „słabą płcią” — ale jest to jednak coś wstydliwego, niedoskonałego. Natomiast godne uznania jest „zachowanie kamiennej twarzy” nawet w chwili nieszczęścia. Osobie, którą spotkało coś bolesnego, doradza się, żeby przestała „histeryzować”, „wzięła się w garść” i spojrzała na sprawę „rozumowo”.

W rzeczywistości zjawiska te są ze sobą silnie powiązane. Uczucia „wariują”, prowadząc do uzależnień, natręctw i depresji, właśnie dlatego, że nie są szanowane i mądrze pielęgnowane. Zwyrodnienie może iść w dwóch kierunkach — albo zupełnego poddania się uczuciom, wręcz opętania nimi, tak że miotana emocjami osoba traci wewnętrzną wolność i swobodę działania (najczęściej nie jest tego wcale świadoma; na przykład znakomita większość alkoholików jest przekonana, że nie musi się napić, tylko ma ochotę, a w każdej chwili może przestać), albo wyparcia, „zamrożenia” uczuć, które czyni z człowieka cyborga, a w jakimś momencie może doprowadzić do niekontrolowanego, niszczącego wybuchu (podobnie jak wali się zapora wodna, gdy powódź przynosi zbyt wiele wody i jej ciśnienie staje się nadmierne).

Nieufny lub wręcz wrogi stosunek do uczuciowości człowieka jest dziedzictwem dwóch ostatnich stuleci. Wcześniej, zarówno w starożytności, jak i w średniowieczu i epoce baroku, traktowano wyrażanie uczuć jako coś oczywistego. Na przykład płacz mężczyzny w obliczu śmierci przyjaciela był wręcz dobrze widziany.

Do powstania tego szkodliwego stosunku do uczuć przyczyniła się również religia chrześcijańska, a właściwie niektóre jej dość wynaturzone prądy, które niestety w ostatnich wiekach dominowały. Pod ich wpływem zaczęto uważać za grzech uczucia takie jak zazdrość czy gniew, przywiązanie do ludzi czy rzeczy, a nawet radość z dobrego jedzenia czy odpoczynku (więcej na ten ostatni temat można przeczytać w tekście Co mam robić, by osiągnąć szczęście). Dlatego warto tu zaznaczyć, że uczucia jako takie nie podlegają ocenie moralnej; nigdy nie są ani złe, ani niemoralne. Złe i niemoralne mogą być jedynie czyny, których się pod ich wpływem świadomie dopuścimy. Jak mówi popularny tekst spowiedzi powszechnej, grzeszymy „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Ale nie uczuciem. Taka jest nauka Kościoła rzymskokatolickiego.


Konie w zaprzęgu

Uczucia są ściśle powiązane z wolą i rozumem, i wydarzenie dotyczące jednej z tych władz psychicznych człowieka odbija się także na pozostałych, podobnie jak kamień wrzucony do wody pozostawia po sobie rozchodzące się coraz dalej fale. Pomyślenie o czymś wywołuje pojawienie się radości, gniewu czy innych uczuć, przywołuje na pamięć jakieś wydarzenia, uruchamia wyobraźnię. Albo też uczucie — dajmy na to, lęk — pojawia się jako pierwsze, uruchamiając reakcję rozumu („rozsądniej będzie stąd uciec”) i woli (która podrywa nogi do biegu).

Fot. Bernard Piechal
  Fot. Bernard Piechal

Jednakże rozum, wola i uczucia są władzami oddzielnymi i autonomicznymi. Jedna nie może zastąpić drugiej. Kiedy terapeuta rodzinny pyta męża: „Czy mówi pan swojej żonie, że ją kocha?”, ten odpowiada: „A po co? Przecież ona o tym wie”. Nie rozumie jednak, dlaczego żona czuje się niekochana i niepotrzebna. Nie zna różnicy między „wiedzieć”, „rozumieć” i „doświadczyć”, „czuć”. Jednak nawet jeśli żona będzie usiłowała czuć się kochana, to i tak niczego to nie zmieni, dopóki mąż nie zacznie jej tych uczuć okazywać. W odróżnieniu od bezcielesnych duchów jesteśmy wyposażeni zarówno w sferę intelektualną, jak i zmysłową (cielesną), i dlatego potrzebujemy serdecznego słowa, pogłaskania, przytulenia, dostrzeżenia zachwytu w oczach kochanej osoby. Jest to wręcz niezbędne dla zdrowia — psychicznego, duchowego i fizycznego.

Teoretycznie władze psychiczne powinny sprawnie ze sobą współdziałać, tak jak dobrze wytrenowane konie we wspólnym zaprzęgu (ta metafora pochodzi od Platona, zatem ma już dwa i pół tysiąca lat...), ale nie rodzimy się z taką równowagą. Z reguły któraś z władz jest zbyt niezależna, „źle ujeżdżona”, i wypracowanie ich harmonijnego działania jest naszym zadaniem. Jakaś osoba ma niepohamowaną wyobraźnię, inna jest zbyt pamiętliwa, inna — miotana zmiennymi emocjami, a jeszcze inna w nadmiernym stopniu kieruje się rozumem i wolą, tłumiąc uczuciowość.

Tłumienie uczuć jest najczęściej skutkiem przeżyć z dzieciństwa. Wielu współczesnych ludzi doznało „zimnego chowu”. Rodzice nie okazywali im uczuć, nie przytulali ich ani nie brali na kolana, lecz najwyżej chwalili osiągnięcia i krytykowali porażki. W życiu dorosłym te osoby mają z reguły problemy z samoakceptacją i poczuciem własnej wartości. Same również nie potrafią okazywać uczuć, raniąc swoich bliskich. Jeszcze większe problemy z uczuciami — nie tylko z ich okazywaniem, lecz nade wszystko z odczuwaniem — mają osoby uzależnione i współuzależnione oraz dorosłe dzieci alkoholików. Problem uczuć w rodzinie alkoholowej jest zbyt obszerny, by dało się go tutaj opisać. Wystarczy wspomnieć, że alkoholik wypiera uczucia, a dziecko z rodziny alkoholowej ma głęboko wpojone trzy podstawowe zasady: NIE UFAJ, NIE ODCZUWAJ, NIE MÓW. Dlatego jednym z najważniejszych elementów terapii uzależnień i współuzależnień jest uczenie się rozpoznawania swoich uczuć i praca nad nimi.


Praca nad uczuciami

Każdy zna ludzi, którzy mają układne twarze, a wewnątrz kipią od zastarzałej złości (której często nie są zresztą świadomi). W towarzystwie mówią oni: „witam piękne panie i moją żonę” albo opowiadają zjadliwe złośliwości o swoim mężu („jaki twój mąż jest pracowity i zdolny, Ziutek ma dwie lewe ręce i czego dotknie, to zepsuje”), oczywiście w obecności swojej ofiary. Ale po powrocie do domu milczą zawzięcie, udając, że wszystko jest w porządku, zamiast podjąć wysiłek szczerej rozmowy o problemach w relacji i odczuwanych uczuciach. Podobnie jest w pracy, wśród znajomych, wszędzie.

Od kilku lat obserwuję, jak pewna osoba jest w kimś zakochana i na różne sposoby stara się od tego uczucia uwolnić. A ono nie przechodzi. Nie daje się zwalczyć aktywnie, a taktyka uniku jest równie nieskuteczna. Podtrzymuje je przypadkowe, przelotne spotkanie czy zwykłe życzenia świąteczne. Zresztą podejrzewam, że nawet bez tego obiekt uczuć jest często obecny w myślach tej osoby — im bardziej usiłuje ona o nim nie myśleć. Jeśli ciągle myślimy, że mamy o czymś nie myśleć, to tym bardziej o tym myślimy...

Błąd tej osoby polega na tym, że nie zaakceptowała istnienia uczucia, którego sobie nie życzy. A to jest jedyna droga do rozwiązania problemu niechcianych uczuć. Nie można ich zwalczać, bo jak często koszona trawa będą się jeszcze wzmacniać. Nie można też od nich uciekać, udając, że ich nie ma, i czekając, aż przejdą. Będą się tliły latami, skrzywione i zwyrodniałe, ponieważ uczucia nie giną. Poddają się za to kształtowaniu; dotyczy to nie tylko niechcianej miłości, lecz także uczuć, które mogą mieć groźne konsekwencje, takich jak zazdrość czy nienawiść. Jednak aby zacząć pracę nad uczuciem i przekształcić je w inne, musimy sobie najpierw uświadomić jego istnienie oraz uznać, że należy do nas, jest naszą częścią.

Zakochanie można przekształcić w więź przyjaźni, a urazę w mądre i wychowawcze współczucie dla drugiego człowieka, kiedy już zrozumiemy źródła jego błędów i motywy postępowania (oczywiście nie oznacza to przyzwolenia na ewentualne krzywdzenie nas przez tę osobę — trzeba zawsze umiejętnie stawiać granice i chronić siebie, nie krzywdząc innych) oraz dostrzeżemy wnikliwie, że sami często nie jesteśmy lepsi.

Mechanizm przepracowywania uczuć jest także pomocny w wypadku skłonności głębiej zakorzenionych w osobowości i historii życia, takich jak ciągłe uzależnianie się od mężczyzn u kobiet wychowywanych bez ojca czy lęk przed stałym związkiem u ludzi, którzy doznali wcześniej porzucenia przez bliską osobę. Uwolnienie się od tych problemów jest możliwe przy świadomym zaangażowaniu rozumu i woli — dzięki wypracowaniu nowej perspektywy patrzenia na świat i nauce nowych sposobów reagowania.

Otrzymaliśmy uczucia, by poruszały nas do działania i zbliżały nas do innych ludzi. Jeśli będziemy nimi rozumnie kierować, troskliwie je pielęgnując i właściwie kształtując, przestaną być uciążliwym kłopotem, a staną się bezcennym skarbem.



Więcej na podobny temat można przeczytać w tekście pt. „Życie w zamrażarce”.



Sierpień 2009






Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl