s t r o n a   o   n a d z i e i












Co mam robić, by osiągnąć szczęście (1)




Michałowi i Jarkowi           




Dobra relacja z Bogiem jest sprawą niezwykle ważną — także dlatego, że jest to fundament, na którym można budować dobre i szczęśliwe relacje z ludźmi. Relacje te są zaś niezbędne do szczęśliwego życia, bo człowiek jest istotą społeczną. Zatem wielu ludzi mimo niepowodzeń, rozczarowań, rozpaczy, lęku, fałszywych i pełnych grozy obrazów Boga wciąż usiłuje Go odnaleźć.

Kiedy zakładałam „Stronę o nadziei”, postanowiłam, że będę się na niej dzielić z czytelnikami tym, czego doświadczyłam i co jest dla mnie ważne i uzdrawiające, a więc także moją wiarą w Boga, natomiast nie będę pisać o instytucji Kościoła. Nie znaczy to, że odrzucam Kościół. Moje miejsce jest w Kościele, przez niego działa w moim życiu Chrystus i w nim są dostępne narzędzia ułatwiające uświęcenie i zbawienie (czyli sakramenty). Znam też sporo ofiarnych i pokornych księży. Niestety jednak zbyt często się zdarza, że księża, zamiast ułatwiać, utrudniają ludziom nawiązanie dobrej relacji z Bogiem, dostrzeżenie, że jest On Miłością, Pięknem i Dobrem.

Religia katolicka, a nawet całe życie publiczne jest w Polsce niezwykle sklerykalizowane, a „kultura korporacyjna” (jeśli użyć terminu pochodzącego ze świata biznesu) Kościoła razi formalizmem, bizantynizmem, faryzeizmem, pozostałościami feudalizmu i mentalności PRL–owskiej. Znam wiele osób, które doświadczyły od księży lekceważącego i upokarzającego traktowania, a ponieważ zagadnienie wiary jest dla każdego człowieka obszarem niezwykle intymnym i sięgającym najgłębszych warstw jego ja (podobnie jak sprawy miłości i seksu), samo wspomnienie tych przeżyć jest bolesne, nawet po długim czasie. Nie dziwię się więc, że ludzie w Polsce często chcą mieć jak najmniej do czynienia z Kościołem, a niektórzy wręcz boją się księży. Dlatego „Strona o nadziei” miała być „strefą wolną od kleru” — żeby także oni mogli się tutaj czuć dobrze.


Filozofia, która leczy

Kiedy jednak niedawno zaproponowałam pewnej pani, która zwierzyła mi się ze swoich problemów, żeby porozmawiała z jednym z moich znajomych dominikanów, uświadomiłam sobie, że jest ona kolejną osobą, którą kontaktuję z dominikaninem, aby pomógł jej uzdrowić poplątane relacje z Bogiem i ludźmi. I zaczęłam się zastanawiać, skąd pochodzi to moje wewnętrzne przekonanie, że właśnie dominikanie mogą w tym pomóc. Kler nie dzieli się przecież na wspaniałych dominikanów i całą resztę, która jest do niczego. Przeciwnie, w każdym środowisku są ludzie i taborety, u dominikanów również. Doszłam do wniosku, że jest tak dlatego, iż w tym zakonie pielęgnowana jest wizja Boga, wiary, stosunku do życia i ludzi, która pomogła mi się wyleczyć ze zranień wyniesionych z dzieciństwa, między innymi syndromu dorosłego dziecka alkoholika, oraz nauczyć się, jak szczęśliwie żyć. I znam więcej takich osób. Zdecydowałam się zatem złamać zasadę niepisania o księżach i opowiedzieć o fenomenie duchowości — czy może raczej filozofii — dominikańskiej.

Rys. Tomasz Rojek OP
    Rys. Tomasz Rojek OP

O świętym Dominiku, założycielu zakonu, piszę gdzie indziej. Tutaj chcę natomiast opowiedzieć o świętym Tomaszu z Akwinu, trzynastowiecznym filozofie i teologu, którego poglądy kształtują mentalność dominikańską aż do dzisiaj. Był to uparty i zamknięty w sobie Włoch (przezywano go „milczącym wołem”), tak gruby, że podobno musiano wyciąć wgłębienie w stole, aby mógł wygodnie siedzieć (zupełnie jak Jedzosław XIV z jedenastej księgi przygód Tytusa, Romka i A’Tomka), nałogowy pracoholik, który nie bał się nikomu mówić tego, co myśli, i u którego szukała porady połowa VIP–ów ówczesnej Europy.

Dzieje jego systemu filozoficzno–teologicznego były zmienne. W pewnym momencie jego poglądy zostały potępione przez Kościół, później za to stały się jego oficjalną doktryną, co potwierdził nawet formalnie jakiś papież. Gdyby jednak święty Tomasz mógł się zapoznać z obowiązującą wersją swego systemu, bardzo by się zdziwił. Liczni teologowie zaczęli bowiem interpretować, wyjaśniać i poprawiać to, co napisał, a w XVI i XVII wieku zafundowano jego systemowi tak gruntowną operację plastyczną, iż przy zachowaniu fasady terminologicznej obalono w gruncie rzeczy podstawy, na których się opierał. Fala modernizacji Kościoła w drugiej połowie XX wieku i kontestacji starych klerykalnych porządków zmiotła system Tomasza z życia kościelnego, tak że obecnie poza wydziałami uniwersyteckimi i kręgami dominikańskimi niewiele się o nim mówi.

W dodatku święty Tomasz napisał cały regał dzieł i to tak okropnym, hermetycznym, średniowiecznym językiem, że dla zwykłego czytelnika jest on zupełnie niezrozumiały i odpychający. W każdym razie ja poległam. Usiłowałam przeczytać kilka jego książek i w każdym przypadku już po kilku stronach miałam dosyć. Na szczęście istnieje trochę popularnych opracowań prezentujących tę naukę i jest też sporo dominikanów, którzy potrafią o niej zajmująco opowiadać. Na szczęście, bo z tomizmem jest jak z kosmologią i mechaniką kwantową — sama nauka i jej aparat matematyczny są dostępne dla bardzo nielicznych, a jej wnioski praktyczne i zastosowanie w życiu tak interesujące i ważne, że fascynują cały świat. Jak choćby ostatnio, gdy uruchomienie w CERN–ie pod Genewą Wielkiego Zderzacza Hadronów (LHC) znalazło się na czołówkach wszystkich mediów.

A system Tomasza dotyka rzeczy najważniejszych, które wszyscy usiłują zdobyć, ale mało komu się udaje: wolności i szczęścia. Tomasz mógłby być świetnym patronem hipisów i wszelkich innych „zbuntowanych”. A także wszystkich dysfunkcyjnych i uzależnionych.


Jak osiągnąć szczęście?

Wielkość systemu Tomasza polega na tym, że właściwie nie on jest jego twórcą. To znaczy on go skompilował, opracował i skomentował, ale materiały, które się na niego składają, stanowią mądrość wypracowaną przez cywilizację basenu Morza Śródziemnego od najdawniejszych czasów. Tomasz jest kimś w rodzaju Billa Gatesa filozofii chrześcijańskiej: umiał przejąć od innych to, co najcenniejsze, rozwinąć i wypromować. Nie bał się korzystać z myśli pogańskiej (co ściągnęło na jego głowę wiele kłopotów), i włączył do swego systemu osiągnięcia całej plejady filozofów greckich, z Platonem i Arystotelesem na czele, pisarzy rzymskich, a nawet współczesnych mu myślicieli arabskich! Drugą nogą systemu są Ewangelie i pozostałe księgi Pisma Świętego, które oprócz Objawienia przekazują przecież mądrość starożytnych ludów semickich, oraz dzieła wybitnych autorów wczesnochrześcijańskich, również korzystających z dorobku myśli greckiej — w tym świętego Augustyna i Pseudo–Dionizego.

Rys. Tomasz Rojek OP
  Rys. Tomasz Rojek OP

Dlaczego to jest takie ważne? Bo myśl starożytna koncentrowała się na szczęściu. Jej podstawowym pytaniem było: „Co mam czynić, aby osiągnąć szczęście?”. Na to pytanie usiłował odpowiedzieć Arystoteles, autorzy biblijni i wszyscy pozostali. Czyli: „Chcę być szczęśliwy. To jest celem mojego życia. Dlatego będę tak żyć, żeby być szczęśliwym. Konkretnie powinienem w tym celu robić to i to, a nie robić tego i tego”. Oczywiście szczegółowe odpowiedzi się różniły, ale punkt wyjścia był ten sam. Koncepcję tę określa się terminem etyki eudajmonistycznej, od greckiego słowa eudajmon (szczęśliwy).

Z kwestią szczęścia wiąże się zaś druga fundamentalna sprawa — wolności. Święty Tomasz, opierając się na myśli Arystotelesa i jego następców, głosił koncepcję wolności opartej na wartościach. Jej podstawą jest przekonanie, że człowiek w naturalny sposób dąży do dobra. Chodzi tu o dobro w szerokim znaczeniu: czegoś, co postrzegamy jako wartościowe, korzystne. Takim dobrem może być rzecz materialna, ale także przyjaźń, przeczytanie interesującej książki, postępowanie zgodne z wyznawanymi zasadami, umiejętność biegłej gry na fortepianie czy w piłkę nożną. Na świecie jest mnóstwo rzeczy, które stanowią jakieś dobro, i wszystkie one są odblaskami dobra samego w sobie, które dla Platona było ideą, a dla myślicieli chrześcijańskich Bogiem.

Oczywiście może się zdarzyć, że człowiek czyni coś, co przynosi zło — na przykład zabija się narkotykami albo okrada kogoś — ale robi to dlatego, że wydaje mu się, iż dzięki temu osiągnie jakieś dobro: chwilowe zapomnienie o przygnębieniu i problemach albo pieniądze. Ma zaburzone widzenie dobra, jego osąd sytuacji jest zdeformowany, ale nie przestaje pragnąć dobra. Jeśli ktoś czyni zło, to znaczy, że brak mu wolności, jest zniewolony wewnętrznie lub zewnętrznie. Wolność i szczęście są więc ze sobą powiązane: im kto jest bardziej wolny, tym lepiej, umiejętniej, zwraca się ku dobru, które jest celem jego życia — jego posiadanie zapewnia mu szczęście. I nie trzeba go do tego naganiać kijem. A więc prawdziwa wolność polega na wybieraniu tego, co dobre, i unikaniu tego, co złe, bo to prowadzi do szczęścia.

Takie widzenie tych wartości istniało przez całą starożytność i większą część średniowiecza. Jest obecne nie tylko u licznych filozofów pogańskich, lecz także w Piśmie Świętym — na przykład „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” świętego Pawła. Na nim też opiera się sławne zdanie św. Augustyna „Kochaj i rób, co chcesz”. A później nastąpiła rewolucja.


Nieważkość wolności i niewola prawa

Zaczęło się od Williama Ockhama, franciszkanina żyjącego w XIV wieku. Zaproponował on nową koncepcję wolności — obojętnej wobec wartości. Wolność to jedynie niczym nieskrępowany wybór, a jakiekolwiek nakierunkowanie w jakąkolwiek stronę stanowi pomniejszenie mojej wolności. „Wolnoć Tomku w swoim domku”. Koncepcja Ockhama została powszechnie przyjęta i wszyscy jesteśmy nią mniej lub bardziej podszyci. Jej znanym przedstawicielem był chociażby ostatnio Isaiah Berlin.

Rys. Tomasz Rojek OP
      Rys. Tomasz Rojek OP

Pozornie jest to bardzo atrakcyjna poprawka. Ale tylko pozornie. Bo gdy człowiek traci kompas, którym może się kierować w życiu, traci też pewność i poczucie bezpieczeństwa. Każdy wybór, każda decyzja staje się wielkim obciążeniem, które w całości spoczywa na nas. Koncepcja wolności obojętnej wobec wartości prowadzi do zagubienia i lęku. A to z kolei wiedzie do nerwic albo do ucieczki od wolności. Może to być ucieczka w totalitaryzm, którą opisał Erich Fromm, w świat fikcji, fantazji i iluzji, lub też w obsesje, zachowania kompulsywne, uzależnienia.

Kolejny etap rewolucji wywołał Immanuel Kant, sławny filozof pruski okresu oświecenia, owładnięty ideą upodobnienia etyki, będącej dziedziną filozofii, do nauk matematycznych i ścisłych. Uważał, że bez spełniania wymagań ich specyficznej metodologii etyka nie będzie zasługiwała na miano nauki. Jego zamierzenie było typową kwadraturą koła, bo nauki filozoficzne i w ogóle humanistyczne mają zupełnie odmienny charakter (co nie znaczy, że nie są naukami).



Ciąg dalszy...





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl