s t r o n a   o   n a d z i e i












Historia pewnej przyjaźni




Mojemu przyjacielowi             




Miałam kiedyś przyjaciela, który był dla mnie bardzo ważny. Każde z nas miało własne życie osobiste i nigdy nie było między nami kwestii jakiegoś związku damsko–męskiego — ta relacja miała zupełnie odmienny charakter. Jeśli można ją do czegoś porównać, to przyjaciel ten pełnił raczej w moim życiu rolę terapeuty czy ojca duchowego. Był dla mnie dużym autorytetem i prosiłam go o radę, kiedy nie potrafiłam sobie sama z czymś poradzić. Słuchał mnie i wspierał w chwilach depresji i „dołów”. Oczywiście bardzo mi zależało na jego przyjaźni. Chciałam być kimś, kogo z sympatią nosi w pamięci, kto wyróżnia się spośród tłumu jego znajomych, kto ma choć trochę „specjalne miejsce” w jego sercu.

Można powiedzieć, że to pragnienie było naturalne. Zależy nam na sympatii ludzi, którzy są dla nas ważni, z którymi się przyjaźnimy, których kochamy. Ale w moim przypadku nasilenie tej potrzeby, jej temperatura emocjonalna, było absurdalne. Sama myśl, że mogłabym być dla niego tylko jedną z wielu znajomych osób, była nie do zniesienia. Kiedy okazywał mi uznanie i akceptację, czułam się wartościowa, a kiedy zajmował się własnymi sprawami i przez kilka tygodni nie rozmawialiśmy, wpadałam w depresję. Było dla mnie zupełnie normalne i oczywiste, że ma własne życie, rodzinę i mnóstwo innych znajomych, a jednak okropnie mnie złościło i raniło, gdy widziałam, że jest bardzo szczęśliwy, spędzając z nimi czas — beze mnie. Czułam się wtedy niechciana, bezwartościowa, nikomu niepotrzebna. Nie miałam wątpliwości, że ta reakcja jest idiotyczna, ale to niczego nie zmieniało — moje uczucia były właśnie takie i tyle.


Pułapka uzależnienia

Myślę, że każdy, kto choć przelotnie zetknął się z problematyką zaburzeń psychoemocjonalnych, rozpoznał natychmiast, że są to typowe cechy uzależnienia emocjonalnego. Wpadłam w nie właściwie w jednej chwili — wystarczyło, że kiedy się poznaliśmy, okazał mi troskę i sympatię. Mój przyjaciel był naprawdę bardzo dobrym człowiekiem. Chciał pomagać ludziom z problemami, i wielu osobom bardzo pomógł. Mi też — w dużej mierze jemu właśnie zawdzięczam wyjście z DDA. Okazywał mi mnóstwo cierpliwości; to na niego poszło pierwsze uderzenie, kiedy „wysypało” mi się DDA (ten, kto przechodził terapię dla dorosłych dzieci alkoholików, przemocową, alkoholową itp., wie, jak nieznośne histerie i awantury wyprawia taka osoba). I bardzo mnie lubił. Widziałam to. A jednak niezależnie od tego, ile sympatii i zainteresowania mi okazał, zawsze było mi za mało. Moje potrzeby były po prostu nienasycone.

Bardzo bałam się, że zerwie ze mną znajomość, i nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić, że mogłabym to znieść (dzisiaj już wiem, z czego to wynikało: syndrom utraty, skutek porzucenia przez ojca we wczesnym dzieciństwie). Wydawało mi się, że jedyną metodą zabezpieczenia się przed utraceniem jego przyjaźni jest uwiązanie go do siebie. Robiłam więc wszystko, żeby uzależnił się ode mnie emocjonalnie. Cały czas zdawałam sobie sprawę, że ewentualne przekształcenie się naszej relacji w damsko–męską (nie mówiąc już o jakimś podtekście erotycznym) wszystko zepsuje. Potrzebowałam opiekuna, dobrego starszego brata, a nie faceta. A jednak było to silniejsze ode mnie.

         

Skończyło się to tak, jak musiało się skończyć. Zadusiłam tę relację. Mój przyjaciel ostrzegał mnie kilka razy, że czuje się przeze mnie zniewalany, a w końcu całkowicie zerwał znajomość. Zero kontaktów. Było to dla mnie straszne — myślę, że coś podobnego mogą odczuwać alkoholicy na głodzie — ale w efekcie okazało się bardzo leczące. To było moje dno, o które musiałam walnąć, żeby uznać, że jestem chora na uzależnienie emocjonalne; że jest ono silniejsze ode mnie i wbrew mojej woli rządzi moim postępowaniem. Bo przecież przez cały czas zdawałam sobie sprawę, że sama swoim zachowaniem ściągam na siebie groźbę, której tak rozpaczliwie usiłowałam uniknąć. I nie byłam w stanie się z tego wyrwać.

Uzależnienie emocjonalne jest pod pewnymi względami podobne do alkoholizmu. Alkoholik może przez całe lata obiecywać sobie i innym, że zacznie się leczyć, może ograniczać picie na jakiś czas, a nawet zaczynać po kilka razy terapię, ale w środku jest tak naprawdę przywiązany wyłącznie do swojej ukochanej butelki i nie zamierza z nią zrywać. Ona jest ważniejsza od wszystkiego. Chce uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji picia, jakie go spotykają, ale nie rezygnować z samego picia. Szansa na skuteczną terapię pojawia się dopiero wtedy, gdy walnie o dno. To może być wyrzucenie z pracy, utrata rodziny albo zabranie przez policję do izby wytrzeźwień. Każdy ma własne dno. Ale musi dojść do punktu, w którym ból spowodowany konsekwencjami picia jest silniejszy od bólu spowodowanego odstawieniem alkoholu.


Czarna dziura toksycznego wstydu

Kiedy utraciłam moją „butelkę”, zaczęłam się po raz pierwszy gorąco modlić do Pana Boga o uzdrowienie ze zniewolenia emocjonalnego. Wcześniej zdawałam sobie sprawę z wielkości problemu — byłam już na terapii DDA i czytałam sporo poradników psychologicznych — ale wciąż uważałam, że z biegiem czasu poradzę sobie z nim sama, jeśli będę nadal nad sobą pracować. Jednak to zadanie okazało się trudniejsze od DDA.

W ten sposób przeszłam etapy podobne do pierwszego i drugiego z 12 kroków Anonimowych Alkoholików (myślę, że są one niezbędne we wszystkich uzależnieniach, nie tylko od alkoholu): uznałam, że uzależnienie jest silniejsze ode mnie, i zdecydowałam się oddać kierowanie moim życiem komuś silniejszemu ode mnie. I wówczas sprawy zaczęły się stopniowo poprawiać.

Na początku ratunkiem była książka Augustyna Pelanowskiego „Wolni od niemocy”, a później także „Toksyczny wstyd” Johna Bradshawa. Zrozumiałam, że wszystko, co się stało, miało korzenie w moim dzieciństwie, w moim toksycznym domu. Że ponieważ matka obarczała mnie od wczesnego dzieciństwa winą za swoje nieszczęścia życiowe i stawiała mi zbyt wysokie wymagania, których nie byłam w stanie spełnić, jestem głęboko zniewolona toksycznym wstydem: ciągle czuję, że nic nie potrafię, że to, co robię, nigdy nie jest wystarczająco dobre, że jestem brzydka i bezwartościowa, że nie zachowuję się tak jak trzeba. Po prostu cała jestem nie taka jak trzeba i dlatego ludzie mnie nie kochają — i jest to moja wina, bo gdybym była inna, to by mnie kochali. W środku mnie zieje jakby ogromna czarna dziura, która pochłania całą energię emocjonalną. Dlatego stale potrzebuję „doładowywania” z zewnątrz, okazywania mi niezwykłej ilości akceptacji i miłości. Układ jest głęboko endoenergetyczny i bez ciągłej kroplówki emocjonalnej umieram.


12 kroków Anonimowych Alkoholików

  1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.
  2. Uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.
  3. Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.
  4. Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.
  5. Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.
  6. Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.
  7. Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
  8. Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy, i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim.
  9. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.
  10. Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.
  11. Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas, oraz o siłę do jej spełnienia.
  12. Przebudzeni duchowo w rezultacie tych kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Zrozumiałam również, jak bardzo jestem zniewolona wewnętrznie. W moim domu rodzinnym nie dawało się ludziom wolności, lecz rządziło się nimi za pomocą różnych rodzajów uzależniania ich od siebie — na przykład finansowego lub emocjonalnego — wywoływania w nich lęku i poczucia winy oraz manipulowania nimi na dziesiątki sposobów (Susan Forward opisuje te sposoby w książkach „Szantaż emocjonalny” i „Toksyczne namiętności”). I ja po prostu nie umiałam inaczej. Nie znałam innego sposobu nawiązywania relacji z mężczyzną niż zmuszenie go, żeby się we mnie zakochał. Nie umiałam po prostu się przyjaźnić, a co więcej, nie wierzyłam, że ktokolwiek będzie chciał się ze mną przyjaźnić, jeśli go do tego nie zmuszę, uzależniając od siebie. Nie umiałam prosić; a nawet byłam pewna, że jeśli o cokolwiek poproszę, to specjalnie zrobią odwrotnie — więc zastraszałam, awanturowałam się, manipulowałam. I byłam nieświadoma, że tak się zachowuję, podobnie jak nie dostrzegamy powietrza, którym oddychamy.


Powrót z uzależnienia

Pomału uczyłam się z tym wszystkim zrywać. Miałam wieloletnie, wyuczone nawyki postępowania i musiałam to wszystko jakoś stopniowo odkręcić. Jest to coś podobnego do uczenia się na nowo sztuki chodzenia po ciężkim wypadku czy wylewie. Uczyłam się dostrzegać innych ludzi, myśleć o nich, bezinteresownie ofiarowywać jakieś drobiazgi — bo osoba chora na toksyczny wstyd jest totalnym egocentrykiem, cały jej świat kręci się wokół niej, a jej uwaga jest wciąż nakierowana na jej wielkie cierpienie i niezaspokojone potrzeby. Jestem niezwykle wdzięczna mojej znajomej, która bezlitośnie punktowała każdą moją próbę manipulacji — i robi to do tej pory. A przede wszystkim nauczyłam się dawać ludziom wolność, dużo wolności. Jestem teraz bardzo wyczulona na tym punkcie i bardzo tego pilnuję. Czasami spotykam mojego przyjaciela i widzę z radością, że nasze relacje stopniowo się poprawiają.

Dużo pracowałam nad moją wiarą w Boga, a właściwie nad budowaniem zaufania i nadziei — dwóch cech, których nigdy nie miałam. I punktem zwrotnym w moim wychodzeniu z toksycznego wstydu i wewnętrznego zniewolenia był moment, kiedy poczułam nagle, że Bóg mnie naprawdę, osobiście bardzo kocha, taką jaka jestem, i dlatego to, czy ludzie mnie kochają, czy nie, nie ma już takiego znaczenia (piszę o tym szerzej w tekście Nie bój się...).

Oprócz tego zdarzyło się coś niespodziewanego — gdyż wszystkie poradniki psychologiczne twierdzą, że nikt inny nie jest zdolny zatkać naszej czarnej dziury toksycznego wstydu, jedynie my sami możemy ją „przepracować”. Otóż zgromadzili się wokół mnie ludzie, którzy wcześniej nie byli moimi znajomymi, a teraz zaczęli mi okazywać mnóstwo miłości i uznania. Otoczyli mnie ogromną sympatią, ciepłem i podziwem. Jednego ranka, jakiś rok temu, ze zdumieniem uświadomiłam sobie, że czarnej dziury od pewnego czasu nie ma. Zasypali ją całkiem.



Styczeń 2009





Jeśli masz ochotę skontaktować się ze mną w sprawie tego tekstu lub jakiejkolwiek innej, napisz na adres: nadzieja@nadzieja.webd.pl